Rozdział, jak całe fanfiction dedykuję mojej jednej i jedynej. Najukochańszej na świecie przyjaciółce. Mam nadzieję, że spodoba Ci się zakończenie.
No i specjalne podziękowania dla Igusi, która zatwierdziła ten rozdział :)
****
- Lot o numerze 6277 właśnie wylądował w Los Angeles, Californii. Pasażerowie proszeni są o opuszczenie samolotu. Dziękujemy za wybranie naszych linii i życzymy wszystkim miłego dnia.
No i specjalne podziękowania dla Igusi, która zatwierdziła ten rozdział :)
****
- Lot o numerze 6277 właśnie wylądował w Los Angeles, Californii. Pasażerowie proszeni są o opuszczenie samolotu. Dziękujemy za wybranie naszych linii i życzymy wszystkim miłego dnia.
Komunikat rozbrzmiewał w całym
pojeździe. Effy szybko zerwała się z miejsca i czym prędzej
pobiegła do bramek odprawy. Jej ekscytacja przybrała na sile do
tego stopnia, że zapomniała o wszelkich troskach i męczących ją
wspomnieniach. Wreszcie mogła spotkać się ze swoją przyjaciółką,
więc nic nie było w stanie jej powstrzymać.
Odprawa dłużyła jej się
niemiłosiernie. Świadomość, że gdzieś tutaj czeka na nią Leah
pozwalała jej znieść ogromne kolejki. Gdy tylko dostrzegła, że
zbliża się do ich początku odetchnęła z ulgą i skierowała się
do celników.
****
Wśród tłumów zalewających lotnisko
nie mogła wypatrzeć przyjaciółki. Jak to ona, przewidywała same
najgorsze scenariusze typu, że samolot się rozbił na środku
Pacyfiku, lub jeszcze inne, czarniejsze historie. Bała się
niemiłosiernie więc co chwilę przestępowała z nogi na nogę czym
wzbudzała zainteresowanie gapiów. Oddychała głęboko myślami
odbiegając w przestworza, z których właśnie wróciła Effy.
Powoli traciła nadzieję i postanowiła
obrócić się na pięcie i odejść kawałek dalej, uspokoić się,
ale nagle ktoś złapał ją za ramię czym zwrócił jej uwagę.
Obejrzała się za siebie i po chwili stała w objęciach
przyjaciółki, a z jej oczu ciekły łzy szczęścia i ulgi.
Na świecie nie było słów, aby
opisać to co czuły obie dziewczyny w tamtej chwili. To nie była
zwykła, przypadkowo znaleziona na ulicy przyjaźń, tylko coś co
przetrwa całe lata, albo i więcej. Połączyła je więź zbudowana
na silnych fundamentach płaczu, ciężkich chwil i tych najlepszych,
wspólnych wspomnień. Z nikim nie przeżyła tyle, co z nią. Nikt
nigdy jej tak nie pomagał, w nikim nie miała tyle wsparcia co w
niej.
Kiedy wreszcie oderwały się od siebie
i spojrzały w swoje zapłakane oczy roześmiały się głośnym i
szczerym śmiechem. Ludzie na lotnisku z pewnością wzięli je za
wariatki, które chwilę temu uciekły ze szpitala psychiatrycznego.
Kiedy jeszcze ze sobą mieszkały,
każde ich wyjście z domu wyglądało jak pochód osób leczących
się na głowę i to dość intensywnie.
Jak już były wstanie wypowiedzieć
jakiekolwiek zdanie znajdowały się w aucie Lei*.
-Jak podróż?- zapytała właścicielka
pojazdu.
-Dobrze, biorąc pod uwagę fakt,
że facet obok mnie chrapał głośniej niż ty. Szczerze, nie
wiedziałam, że to jest możliwe.- zaśmiała się jej prosto w
twarz i po otrzymaniu morderczego spojrzenia zrobiła to o wiele
głośniej. Za tym właśnie tęskniła. Mimo tylu złych rzeczy, co
im się przytrafiły potrafiły się śmiać z takich głupot jak na
przykład kolor włosów przechodzącej przez pasy kobiety.
-Śmiej się śmiej. Jak ci powiem co
nam załatwiłam na jutrzejszy koncert to będziesz mi dziękować do
końca życia.- powiedziała Leah z przekąsem,lecz z trudem
powstrzymywała ogarniające ją rozbawienie.
-O... Masz moją uwagę mała. Mów.
-No to tak. Brałam udział w konkursie
na te bilety vip, tym co ogłosili tylko na twitterze. I dzisiaj
zgadnij kto do mnie zadzwonił.
-CZY TO BYŁ JARED? MÓW SZYBKO BO NIE
WYTRZYMAM!
-Mówiłam ci już, że jesteś
największą fangirl młodszego Leto, jaką kiedykolwiek spotkałam?
Nie... Jego brat.
-Zaraz... WYGRAŁAŚ?- zapytała
zaskoczona Effy.
-Nie, wiesz, sam Shannon Leto zadzwonił
do mnie tylko dlatego, żeby poinformować mnie o mojej przegranej.
Pewnie, że wygrałam. Idziemy razem, chyba, że nie chcesz....
-Jeszcze się pytasz? Nie będę spać
całą noc, żeby dobrze przed nimi wypaść...- zaśmiała się
nerwowo.- Ej, jaki on jest?
-Kto?- zapytała „zdziwiona” Leah.
-No wiesz przecież... Twój ukochany
mąż numer jeden?
-Ahh... Shannon... Myślał, że mnie
zabił, bo przez chwilę byłam w takim szoku, że milczałam.-
zaśmiała się na samo wspomnienie zmieszanego i przerażonego
perkusisty, którego mina z pewnością dorównywała głosowi.
Zrobiło jej się ciepło na sercu jak uświadomiła sobie jaki on
musiał być zestresowany tą rozmową. Przez jej myśl przebiegła
cicha nadzieja, ale po chwili zginęła w reszcie niepoukładanych i
porzuconych prze nią, zostawionych w kącie.
****
Dojechały na miejsce gdzie Effy tuż
po przekroczeniu progu oznajmiła, że musi się wykąpać, bo
„śmierdzi podróżą”. Zamknęła za sobą drzwi i czym prędzej
zanurzyła się w wannie pełnej przyjemnej, letniej wody. Z radia
stojącego obok niej popłynęła spokojna, relaksująca muzyka i
dziewczyna odpłynęła w myślach. Niekoniecznie przyjemnych.
Zawsze, ale to zawsze myśl o swoim
idolu przypominała jej najgorszy rok w jej życiu. Nie miała
pojęcia dlaczego tak jest, ale tak perfekcyjny facet przywodził jej
na myśl tylko te straszne, mroczne wspomnienia. Nie chciała o tym
pamiętać, robiła wszystko, żeby tylko uwolnić się od Niego.
Niestety, wracał jak bumerang za każdym razem kiedy była
szczęśliwa. Czyli względnie rzadko, ale zawsze.
Zamknęła oczy, chcąc zapomnieć.
Stało się coś zupełnie innego... Zasnęła.
****
-Naprawdę
musisz iść?- zapytała go z tą samą nadzieją w głosie co za
każdym razem. Wciąż nie zdążyła się przyzwyczaić, że zawsze
ją zostawi, bez względu na sytuację. W jej oczach zaszkliły się
dwie symboliczne łzy, oznaczające, że resztki jej uczuć jeszcze
nie wygasły.
-Kochanie…
Gdybym nie musiał to bym nie szedł.- kolejne kłamstwo, jak zwykle
ta sama śpiewka.
Wiedziała,
że jak tylko by się postarał to by został. Zawsze tak robił.
Dopalając papierosa patrzyła jak on zapina rozporek. Uległa mu.
Nienawidziła siebie za to co robiła swojej psychice. Za każdym
razem powtarzała, że to już po raz ostatni, że nigdy więcej to
się nie powtórzy. Niestety, jak tylko do niej dzwonił odbierała
po paru sekundach i zgadzała się na wszystko co jej proponował.
Ile to już było razy? Nie potrafiła już nawet zliczyć ich
spotkań. Zawsze zaczynało się tak samo. Jego telefon, jej
podekscytowanie. Następnie chwila uniesienia w miłosnym uścisku
pożądania i żal. Rozrywał jej serce i zakorzeniał się gdzieś z
tyłu, głęboko tam, gdzie nikt oprócz niej nie potrafił go
odszukać. Zamykała się w sobie z każdym dniem coraz bardziej.
Trwała w tym toksycznym związku już na tyle długo, że nie
potrafiła się z niego otrząsnąć. Żyła w zakłamaniu już od
pół roku. Dotąd kończyło się na obietnicach, że to skończy,
że już nie będzie się za niego wstawiać, że przestanie go
bronić. Wszystko to kończyło się tym samym; telefonem pełnym
rozpaczy do jedynej osoby, która jeszcze jej nie zostawiła. Jej
przyjaciółki. Pożegnała go namiętnym pocałunkiem i smutnym
spojrzeniem, zmęczonych już oczu. Zamknięte drzwi obiły się o
ścianę i powróciły do swojego poprzedniego położenia. Osunęła
się na podłogę i wreszcie mogła pozwolić sobie na płacz. Łzy
spływały po jej nagim dekolcie, delikatnie przysłoniętym
jedwabnym szlafrokiem, który jej sprezentował po jednej z upojnych
nocy. To pojęcie w ich przypadku było czystą teorią. Nie
pamiętała nawet jak dawno spotkali się właśnie o tej porze doby.
Wpadał gdy tylko miał ochotę zasmakować fizycznej miłości od
niej. Nie zwracał uwagi na tak „przyziemne” sprawy, że przez
niego nie spała, nie jadła i gdyby nie namowy najbliższych nie
piłaby nic innego niż alkohol. Z każdym dniem staczała się coraz
to bardziej i nikt nie potrafił tego zauważyć. Aktorką była
wspaniałą, w swoje liczne role wchodziła każdego dnia, jak tylko
otwierała oczy po czymś, co powinno być snem. Zdejmowała maskę
jedynie wieczorem, kiedy to siedziała na balkonie z kolejnym
papierosem i następną butelką wina. Patrzyła w gwiazdy i szukała
nowego, lepszego jutra. Oczywiście z nim. W pewnym momencie zdała
sobie sprawę jak bardzo jest samotna i opuszczona. Niby to zawsze
wmawiał jej, że może mu o wszystkim powiedzieć, ale za każdym
razem jak zaczynała się otwierać i wypłakiwać mu w ramiona,
kończyło się to kolejnym miłosnym uniesieniem z nimi w rolach
głównych. Otarła resztki łez z twarzy i podniosła się z zimnej
podłogi. Poszła do łazienki, aby zmyć z siebie resztki
moralności. Robiła tak po każdym spotkaniu, aby móc spojrzeć
sobie w oczy. Niestety, mimo tych zabiegów zawsze patrzyła na
siebie jak na ostatnią dziwkę. Napuściła gorącej, prawie, że
parzącej jej skórę, wody do wanny i zrzuciła z siebie ubrania. Po
raz kolejny dzisiaj, zresztą. Zanurzyła się w niej cała i
sięgnęła ręką do naszykowanej wcześniej lampki wina. Za
pierwszym łykiem wypiła już połowę jej zawartości i najgorsze,
że czuła się z tym dobrze. Nie myślała o problemach, nie
zwracała uwagi na to, że po jej nodze spływa delikatna, cienka
stróżka krwi. Jej kolejny nałóg- żyletka. Gdyby ten idiota,
którego tak bardzo kochała, przyjrzał się dokładnej jej nogom to
dostrzegłby liczne czerwone kreski przecinające się w różnorakich
kombinacjach. Nikt tego nie widział, każdy pomijał to milczeniem.
Nie, żeby się chwaliła na prawo i lewo, co to to nie. Po prostu
nie przykładała się specjalnie do ukrywania śladów jej twórczej
działalności na własnym ciele. Uśmiechnęła się do siebie
widząc jak kolejna czerwona przyjaciółka dołączyła do starszych
koleżanek. Miała nadzieję, że się szybko zaaklimatyzuje, bo już
jutro dojdą do niej nowe, dużo głębsze. Jej serce ucieszyło się
na myśl o nich i na tą jedną, jedyną chwile poprzestało robić
jej wyrzuty sumienia. Na zegarze w kuchni wybiła właśnie godzina
osiemnasta. Miała jeszcze okazję wyjść z domu, przerwać to
błędne koło i pokazać się przy ludziach. Jednak jak zwykle
wybrała tą drugą opcję.
****
Sączyła
powoli kawę, która przyjemnie parzyła ją w usta. Siedziała na
kuchennym stołku, a jej wzrok był skierowany na wielkie, otwarte
wtedy okno. Delikatny wiatr rozwiewał jej rozpuszczone włosy tak,
że co chwila tańcowały na jej ramionach jak szczęśliwie
zakochane pary. Chciała zadzwonić do przyjaciółki,
tak bardzo potrzebowała jej w tej chwili, ale jedyne co mogła jej
powiedzieć, to że tęskni i, że wszystko jest w jak najlepszym
porządku. Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na nic więcej.
Ona miała za dużo swoich problemów, wciąż nie poradziła sobie
ze stratą dziecka, jedynej osoby, którą kochała bardziej od
tamtego idioty. Nie chciała martwić jej dodatkowymi problemami,
których i tak nie rozwiąże.
Otarła
łzy spływające z policzka i nieporadnie usiadła na blacie
kuchennym. Musiała sobie pomóc, wiedziała, że to co robi jest złe
i trzeba to zakończyć. Niestety, nie potrafiła tego zrobić. Za
bardzo potrzebowała kogoś kto doceni jej wygląd, sposób
prowadzenia się.
Z
ogarniającej ją bezsilności rzuciła kubkiem pełnym gorącego
napoju w ścianę. Kawa rozbryzgała się dookoła tworząc
nierównomierne, brązowe smugi ściekające na podłogę. Nie miała
nawet siły posprzątać po sobie i od razu po tym akcie złości
rzuciła się na łóżko i zasnęła cichym, niespokojnym snem.
****
Ze
snu wyrwał ją fakt, że woda dookoła niej jest już kompletnie
lodowata. Z kuchni dochodziły śpiewy jej przyjaciółki i po chwili
uświadomiła sobie, że znajduję się w mieście aniołów.
-To
był tylko sen... Tylko koszmar. To nie wróci Effy, już nigdy...-
powiedziała do siebie i zaczęła wycierać się w puchaty, miły w
dotyku ręcznik.