sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział pierwszy- Until you crash.

Rozdział,  jak całe fanfiction dedykuję mojej jednej i jedynej. Najukochańszej na świecie przyjaciółce. Mam nadzieję, że spodoba Ci się zakończenie.
No i specjalne podziękowania dla Igusi, która zatwierdziła ten rozdział :) 
****

- Lot o numerze 6277 właśnie wylądował w Los Angeles, Californii. Pasażerowie proszeni są o opuszczenie samolotu. Dziękujemy za wybranie naszych linii i życzymy wszystkim miłego dnia.
Komunikat rozbrzmiewał w całym pojeździe. Effy szybko zerwała się z miejsca i czym prędzej pobiegła do bramek odprawy. Jej ekscytacja przybrała na sile do tego stopnia, że zapomniała o wszelkich troskach i męczących ją wspomnieniach. Wreszcie mogła spotkać się ze swoją przyjaciółką, więc nic nie było w stanie jej powstrzymać.
Odprawa dłużyła jej się niemiłosiernie. Świadomość, że gdzieś tutaj czeka na nią Leah pozwalała jej znieść ogromne kolejki. Gdy tylko dostrzegła, że zbliża się do ich początku odetchnęła z ulgą i skierowała się do celników.
****
Wśród tłumów zalewających lotnisko nie mogła wypatrzeć przyjaciółki. Jak to ona, przewidywała same najgorsze scenariusze typu, że samolot się rozbił na środku Pacyfiku, lub jeszcze inne, czarniejsze historie. Bała się niemiłosiernie więc co chwilę przestępowała z nogi na nogę czym wzbudzała zainteresowanie gapiów. Oddychała głęboko myślami odbiegając w przestworza, z których właśnie wróciła Effy.
Powoli traciła nadzieję i postanowiła obrócić się na pięcie i odejść kawałek dalej, uspokoić się, ale nagle ktoś złapał ją za ramię czym zwrócił jej uwagę. Obejrzała się za siebie i po chwili stała w objęciach przyjaciółki, a z jej oczu ciekły łzy szczęścia i ulgi.
Na świecie nie było słów, aby opisać to co czuły obie dziewczyny w tamtej chwili. To nie była zwykła, przypadkowo znaleziona na ulicy przyjaźń, tylko coś co przetrwa całe lata, albo i więcej. Połączyła je więź zbudowana na silnych fundamentach płaczu, ciężkich chwil i tych najlepszych, wspólnych wspomnień. Z nikim nie przeżyła tyle, co z nią. Nikt nigdy jej tak nie pomagał, w nikim nie miała tyle wsparcia co w niej.
Kiedy wreszcie oderwały się od siebie i spojrzały w swoje zapłakane oczy roześmiały się głośnym i szczerym śmiechem. Ludzie na lotnisku z pewnością wzięli je za wariatki, które chwilę temu uciekły ze szpitala psychiatrycznego.
Kiedy jeszcze ze sobą mieszkały, każde ich wyjście z domu wyglądało jak pochód osób leczących się na głowę i to dość intensywnie.
Jak już były wstanie wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie znajdowały się w aucie Lei*.
-Jak podróż?- zapytała właścicielka pojazdu.
-Dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że facet obok mnie chrapał głośniej niż ty. Szczerze, nie wiedziałam, że to jest możliwe.- zaśmiała się jej prosto w twarz i po otrzymaniu morderczego spojrzenia zrobiła to o wiele głośniej. Za tym właśnie tęskniła. Mimo tylu złych rzeczy, co im się przytrafiły potrafiły się śmiać z takich głupot jak na przykład kolor włosów przechodzącej przez pasy kobiety.
-Śmiej się śmiej. Jak ci powiem co nam załatwiłam na jutrzejszy koncert to będziesz mi dziękować do końca życia.- powiedziała Leah z przekąsem,lecz z trudem powstrzymywała ogarniające ją rozbawienie.
-O... Masz moją uwagę mała. Mów.
-No to tak. Brałam udział w konkursie na te bilety vip, tym co ogłosili tylko na twitterze. I dzisiaj zgadnij kto do mnie zadzwonił.
-CZY TO BYŁ JARED? MÓW SZYBKO BO NIE WYTRZYMAM!
-Mówiłam ci już, że jesteś największą fangirl młodszego Leto, jaką kiedykolwiek spotkałam? Nie... Jego brat.
-Zaraz... WYGRAŁAŚ?- zapytała zaskoczona Effy.
-Nie, wiesz, sam Shannon Leto zadzwonił do mnie tylko dlatego, żeby poinformować mnie o mojej przegranej. Pewnie, że wygrałam. Idziemy razem, chyba, że nie chcesz....
-Jeszcze się pytasz? Nie będę spać całą noc, żeby dobrze przed nimi wypaść...- zaśmiała się nerwowo.- Ej, jaki on jest?
-Kto?- zapytała „zdziwiona” Leah.
-No wiesz przecież... Twój ukochany mąż numer jeden?
-Ahh... Shannon... Myślał, że mnie zabił, bo przez chwilę byłam w takim szoku, że milczałam.- zaśmiała się na samo wspomnienie zmieszanego i przerażonego perkusisty, którego mina z pewnością dorównywała głosowi. Zrobiło jej się ciepło na sercu jak uświadomiła sobie jaki on musiał być zestresowany tą rozmową. Przez jej myśl przebiegła cicha nadzieja, ale po chwili zginęła w reszcie niepoukładanych i porzuconych prze nią, zostawionych w kącie.
****
Dojechały na miejsce gdzie Effy tuż po przekroczeniu progu oznajmiła, że musi się wykąpać, bo „śmierdzi podróżą”. Zamknęła za sobą drzwi i czym prędzej zanurzyła się w wannie pełnej przyjemnej, letniej wody. Z radia stojącego obok niej popłynęła spokojna, relaksująca muzyka i dziewczyna odpłynęła w myślach. Niekoniecznie przyjemnych.
Zawsze, ale to zawsze myśl o swoim idolu przypominała jej najgorszy rok w jej życiu. Nie miała pojęcia dlaczego tak jest, ale tak perfekcyjny facet przywodził jej na myśl tylko te straszne, mroczne wspomnienia. Nie chciała o tym pamiętać, robiła wszystko, żeby tylko uwolnić się od Niego. Niestety, wracał jak bumerang za każdym razem kiedy była szczęśliwa. Czyli względnie rzadko, ale zawsze.
Zamknęła oczy, chcąc zapomnieć. Stało się coś zupełnie innego... Zasnęła.
****
-Naprawdę musisz iść?- zapytała go z tą samą nadzieją w głosie co za każdym razem. Wciąż nie zdążyła się przyzwyczaić, że zawsze ją zostawi, bez względu na sytuację. W jej oczach zaszkliły się dwie symboliczne łzy, oznaczające, że resztki jej uczuć jeszcze nie wygasły.
-Kochanie… Gdybym nie musiał to bym nie szedł.- kolejne kłamstwo, jak zwykle ta sama śpiewka.
Wiedziała, że jak tylko by się postarał to by został. Zawsze tak robił. Dopalając papierosa patrzyła jak on zapina rozporek. Uległa mu. Nienawidziła siebie za to co robiła swojej psychice. Za każdym razem powtarzała, że to już po raz ostatni, że nigdy więcej to się nie powtórzy. Niestety, jak tylko do niej dzwonił odbierała po paru sekundach i zgadzała się na wszystko co jej proponował. Ile to już było razy? Nie potrafiła już nawet zliczyć ich spotkań. Zawsze zaczynało się tak samo. Jego telefon, jej podekscytowanie. Następnie chwila uniesienia w miłosnym uścisku pożądania i żal. Rozrywał jej serce i zakorzeniał się gdzieś z tyłu, głęboko tam, gdzie nikt oprócz niej nie potrafił go odszukać. Zamykała się w sobie z każdym dniem coraz bardziej. Trwała w tym toksycznym związku już na tyle długo, że nie potrafiła się z niego otrząsnąć. Żyła w zakłamaniu już od pół roku. Dotąd kończyło się na obietnicach, że to skończy, że już nie będzie się za niego wstawiać, że przestanie go bronić. Wszystko to kończyło się tym samym; telefonem pełnym rozpaczy do jedynej osoby, która jeszcze jej nie zostawiła. Jej przyjaciółki. Pożegnała go namiętnym pocałunkiem i smutnym spojrzeniem, zmęczonych już oczu. Zamknięte drzwi obiły się o ścianę i powróciły do swojego poprzedniego położenia. Osunęła się na podłogę i wreszcie mogła pozwolić sobie na płacz. Łzy spływały po jej nagim dekolcie, delikatnie przysłoniętym jedwabnym szlafrokiem, który jej sprezentował po jednej z upojnych nocy. To pojęcie w ich przypadku było czystą teorią. Nie pamiętała nawet jak dawno spotkali się właśnie o tej porze doby. Wpadał gdy tylko miał ochotę zasmakować fizycznej miłości od niej. Nie zwracał uwagi na tak „przyziemne” sprawy, że przez niego nie spała, nie jadła i gdyby nie namowy najbliższych nie piłaby nic innego niż alkohol. Z każdym dniem staczała się coraz to bardziej i nikt nie potrafił tego zauważyć. Aktorką była wspaniałą, w swoje liczne role wchodziła każdego dnia, jak tylko otwierała oczy po czymś, co powinno być snem. Zdejmowała maskę jedynie wieczorem, kiedy to siedziała na balkonie z kolejnym papierosem i następną butelką wina. Patrzyła w gwiazdy i szukała nowego, lepszego jutra. Oczywiście z nim. W pewnym momencie zdała sobie sprawę jak bardzo jest samotna i opuszczona. Niby to zawsze wmawiał jej, że może mu o wszystkim powiedzieć, ale za każdym razem jak zaczynała się otwierać i wypłakiwać mu w ramiona, kończyło się to kolejnym miłosnym uniesieniem z nimi w rolach głównych. Otarła resztki łez z twarzy i podniosła się z zimnej podłogi. Poszła do łazienki, aby zmyć z siebie resztki moralności. Robiła tak po każdym spotkaniu, aby móc spojrzeć sobie w oczy. Niestety, mimo tych zabiegów zawsze patrzyła na siebie jak na ostatnią dziwkę. Napuściła gorącej, prawie, że parzącej jej skórę, wody do wanny i zrzuciła z siebie ubrania. Po raz kolejny dzisiaj, zresztą. Zanurzyła się w niej cała i sięgnęła ręką do naszykowanej wcześniej lampki wina. Za pierwszym łykiem wypiła już połowę jej zawartości i najgorsze, że czuła się z tym dobrze. Nie myślała o problemach, nie zwracała uwagi na to, że po jej nodze spływa delikatna, cienka stróżka krwi. Jej kolejny nałóg- żyletka. Gdyby ten idiota, którego tak bardzo kochała, przyjrzał się dokładnej jej nogom to dostrzegłby liczne czerwone kreski przecinające się w różnorakich kombinacjach. Nikt tego nie widział, każdy pomijał to milczeniem. Nie, żeby się chwaliła na prawo i lewo, co to to nie. Po prostu nie przykładała się specjalnie do ukrywania śladów jej twórczej działalności na własnym ciele. Uśmiechnęła się do siebie widząc jak kolejna czerwona przyjaciółka dołączyła do starszych koleżanek. Miała nadzieję, że się szybko zaaklimatyzuje, bo już jutro dojdą do niej nowe, dużo głębsze. Jej serce ucieszyło się na myśl o nich i na tą jedną, jedyną chwile poprzestało robić jej wyrzuty sumienia. Na zegarze w kuchni wybiła właśnie godzina osiemnasta. Miała jeszcze okazję wyjść z domu, przerwać to błędne koło i pokazać się przy ludziach. Jednak jak zwykle wybrała tą drugą opcję.
****
Sączyła powoli kawę, która przyjemnie parzyła ją w usta. Siedziała na kuchennym stołku, a jej wzrok był skierowany na wielkie, otwarte wtedy okno. Delikatny wiatr rozwiewał jej rozpuszczone włosy tak, że co chwila tańcowały na jej ramionach jak szczęśliwie zakochane pary. Chciała zadzwonić do przyjaciółki, tak bardzo potrzebowała jej w tej chwili, ale jedyne co mogła jej powiedzieć, to że tęskni i, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na nic więcej. Ona miała za dużo swoich problemów, wciąż nie poradziła sobie ze stratą dziecka, jedynej osoby, którą kochała bardziej od tamtego idioty. Nie chciała martwić jej dodatkowymi problemami, których i tak nie rozwiąże.
Otarła łzy spływające z policzka i nieporadnie usiadła na blacie kuchennym. Musiała sobie pomóc, wiedziała, że to co robi jest złe i trzeba to zakończyć. Niestety, nie potrafiła tego zrobić. Za bardzo potrzebowała kogoś kto doceni jej wygląd, sposób prowadzenia się.
Z ogarniającej ją bezsilności rzuciła kubkiem pełnym gorącego napoju w ścianę. Kawa rozbryzgała się dookoła tworząc nierównomierne, brązowe smugi ściekające na podłogę. Nie miała nawet siły posprzątać po sobie i od razu po tym akcie złości rzuciła się na łóżko i zasnęła cichym, niespokojnym snem.
****
Ze snu wyrwał ją fakt, że woda dookoła niej jest już kompletnie lodowata. Z kuchni dochodziły śpiewy jej przyjaciółki i po chwili uświadomiła sobie, że znajduję się w mieście aniołów.

-To był tylko sen... Tylko koszmar. To nie wróci Effy, już nigdy...- powiedziała do siebie i zaczęła wycierać się w puchaty, miły w dotyku ręcznik.

piątek, 6 czerwca 2014

Prolog- Bought my faith straight from hell.


W tej oto chwili wydawało jej się, że cały świat dookoła niej popadł w głęboką depresję. Mimo, że deszcz przestał padać jakąś godzinę temu, drzewa wciąż cicho popłakiwały. Z dachów kapały resztki wody, a kałuże zdawały się nie mieć dna. Siedziała samotnie na ławce w jakimś obskurnym parku. Nie miała już sił, aby uronić chociaż jedną łzę. Najwięcej poleciało w szpitalu, potem nastąpiła dobrze znana jej pustka. Wypełniła ją całą od środka i nie zamierzała opuścić pod żadnym pozorem. Nie pomogły liczne słowa pocieszania, które mogła usłyszeć od Elisabeth. W głowie kołatały jej słowa wypowiedziane przez lekarza jeszcze parę godzin temu…
 -Przykro mi, ale straciła Pani dziecko. W czymś jeszcze mogę pomóc?- zabolało ją to bardziej niż nóż wbity prosto w jej względnie młode serce. Sam fakt dobił ją niemiłosiernie, lecz ta bezuczuciowość, wręcz nieludzkość w głosie lekarza zadały jej kolejny cios. Nie dość, że chłopak zostawił ją tuż po tym jak zaszła w ciąże, to teraz owo dziecko straciła. Był to siódmy miesiąc. Obudziła się z ogromnym bólem brzucha i szybko skierowała swoje kroki do toalety. Zdążyła tylko spojrzeć w dół na swój brzuch i ujrzała czerwoną plamę rosnącą z każdą sekundą. Krzyknęła cicho i opadła na podłogę. Jak przez mgłę pamięta szloch Elisabeth, potem ratowników wynoszących ją z domu na noszach i to rześkie, nocne powietrze, którego celem było przebudzenie jej z otępienia. Potem chyba jechała karetką, tak to była karetka. Miliony czerwonych światełek, różnych pikających odgłosów. Rozpraszałoby ją to na co dzień, ale wtedy była w zbyt wielkim szoku, żeby przeszkadzało jej cokolwiek oprócz tej straszliwej świadomości, że coś jest nie tak z małą. Miała już dla niej imię; Amelia. Jej śliczna, mała księżniczka nie czuła się dobrze i to zaprzątało jej wszystkie myśli. Nawet nie pamiętała czy minęła godzina, czy też minuta jak wyjechali z domu. Wiedziała, że jest już w szpitalu. Ludzie krzyczeli, a ona nie potrafiła im nawet odpowiedzieć. Nie mogła wykrztusić z siebie nawet krótkiego szlochu, co dopiero zdania. Następne chwile, godziny pamięta jak przez mgłę. Poczuła straszliwy ból i po raz kolejny ogarnęła ją ta znajoma pustka. Lekarze zapewniali ją, że nic nie mogli zrobić, że to było konieczne dla jej zdrowia. Nie obchodziły jej żadne usprawiedliwienia. Zjechała ręką na swój brzuch i po raz pierwszy poczuła, że przestrzeń wcześniej zapełniona przez jej Amelkę jest dziwnie płaska. Już nie wystaje przyjaźnie w kształcie pokaźnej poduszki. Odpadła smutnie i znów miała prawie idealny płaski brzuch. Była pusta w środku. Dosłownie i w przenośni.
****
 Rok później Elisabeth pakowała w pośpiechu swoje walizki. Za parę godzin miała odlatywać z ojczystej Polski do swojej przyjaciółki, która aktualnie mieszka w Los Angeles. Niedługo po tym pamiętnym i dość traumatycznym wydarzeniu Leah przeniosła się do stanów i słuch o niej zaginął. Raz na miesiąc przysyłała e-mail informujący Effy o tym, że wszystko jest ok i, że nie musi się martwić. W poprzedniej wiadomości dziewczyna dostała zaproszenie do dawnej przyjaciółki. Zaskoczyło ją to. Dość poważnie, jeśli miałaby być szczera. Przed wyjściem z domu spojrzała jeszcze szybko w lustro i poprawiła ostatecznie swój wygląd. Nie miała zbyt wiele do poprawek; była długonogą blondynką o bardzo delikatnej urodzie. Prawdziwy ideał można by rzec. Wielu mężczyzn upewniało ją w jej pięknu. Nie mogła narzekać na bark adoratorów. W szkole średniej na każde walentynki była zaprasza na wiele randek oraz obsypywana milionem kartek. Nie tylko uroda była jej atutem. Oprócz tego była bardzo inteligentna i wygadana, co można było dostrzec po paru minutach rozmowy. Przeczesała włosy i udała się do wyjścia. Jeśli miała zdążyć na odprawę powinna była już wyjść. Sprawdziła czy ma w kieszeni telefon oraz słuchawki, rzeczy, bez których nie mogła ruszyć się z domu nawet do sklepu. Ot, takie małe uzależnienie od muzyki. Podśpiewując piosenkę ulubionego zespołu zeszła do taksówki i podała dokładny adres lotniska. Jej podróż zaczynała się właśnie w tym momencie, a w głowie leciały jej słowa: 
Lost on the City Of Angels, 
Down in the comfort of strangers, I 
Found myself in the fire burned hills
 In the land of a bilion lights…
 **** 
Otworzyła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Szósta rano, a ona nie potrafiła dłużej spać. Od roku budziła się o tej godzinie codziennie, chyba, że była skacowana, a to nie zdarzało się często. Ja jakieś dziesięć godzin miała przylecieć do niej Effy. Była tym strasznie podekscytowana, ale z drugiej strony przerażona, że wszystkie te bolesne wspomnienia wrócą. Nie chciała nic pamiętać z tego okresu czasu, to było dla niej tak traumatyczne, że nie potrafiła nawet o tym myśleć. Jak tylko wszystkie operacje się skończyły urwała wszelki kontakt z rodziną, która nie wspierała jej w tych trudnych chwilach. Matka zostawiła ją na lodzie jak się dowiedziała, że jej córka zaszła w ciąże z facetem starszym o pięć lat. Niestety, według niej związek dwudziestolatki z mężczyzną pod trzydziestkę nie miał racji bytu. Niestety w tej sprawie się nie myliła; zostawił ją jak tylko dowiedział się, że będą mieli dziecko. Zachował się jak smarkaty piętnastolatek, a nie człowiek zarządzający wpływową wytwórnią muzyczną. Wyjechał i tyle go widziała.
 - Na dziecko mnie nie zatrzymasz suko.- pamiętała jego słowa, które wypowiadał ze znaną tylko sobie nienawiścią.
 Płakała wtedy całą noc i taką znalazła ją matka z samego rana. Jak dowiedziała się jaki jest powód rozpaczy jej córki, to wywaliła ją na zbity pysk z domu. Nie miała żadnej litości. Przygarnęła ją wtedy jej „siostra”. 
Poznana przypadkowa na jakimś forum o ich ukochanym zespole, dziewczyna. Rok starsza od niej, zawsze wspierała ją w trudnych momentach. Spotkała ją „ na żywo”, podczas jej pierwszego koncertu Thirty Seconds to Mars. Czuła się wtedy taka szczęśliwa i wolna. Ich rozmowy wtedy polegały na wspólnym zachwycaniu się jak to wspaniale nie wyglądają członkowie owego zespołu. Effy od zawsze była platonicznie zakochana w głównym wokaliście, który każdym swoim ruchem demonstrował swoją perfekcyjność. Te oczy, włosy i sposób mówienie przyprawiały jej przyjaciółkę o dreszcze, co zwykła jej wypominać ze śmiechem. Niestety, albo i nawet stety Effy nie pozostawała jej dłużna. Od zawsze wiadomo było, że Leah uwielbia perkusistę; silnego i może nie aż tak perfekcyjnego mężczyznę. Wydawał się jej bardziej ludzki, stąpający twardo po ziemi, podczas gdy jego brat dryfował w morzu marzeń i zachwycał się nad swoją osobą. Pozostawał jeszcze gitarzysta, Tomo. Kiedy tylko miała zły humor wchodziła na jego profil na portalu społecznościowym i czytała jego zabawne, pełne otuchy wpisy. On dawał jej nadzieję, że marzenia się spełniają. Miał wspaniałą żonę, którą również uwielbiała. Postanowiła, że musi się jakoś przyszykować na przyjazd przyjaciółki i zaczęła wielkie porządki w domu. Nie zajęło jej to długo, bo ze względu na dość mało płatną pracę miała malutkie mieszkanie. Kończyła już ogarnianie największego bałaganu kiedy odezwał się jej telefon. Zaskoczona spojrzała na wyświetlacz i ujrzała, że dzwoni do niej numer prywatny. Odebrała myśląc, że to jakaś firma call center i za chwilę ich spławi. - Halo?- powiedziała znudzona. 
- Czy to Leah Earl?- usłyszała dziwnie znajomy głos. Nie miała pojęcia do kogo on należy, ale wydawało jej się, że był to ktoś jej bardzo blisko, skoro znała ten głos tak dobrze. Przypominał jej kogoś, ale wiedziała, że to nie możliwe, że on dzwoni akurat do niej.
 - Tak, to ja. O co chodzi?- zapytała coraz bardziej pewna, że to może być prawda. 
 - Brałaś udział w konkursie, w którym można było wygrać bilety na najbliższy koncert Thirty Seconds to Mars? Łącznie z wejściówką do garderoby i tour busu?
 - Tak…- odpowiedziała ledwo co łapiąc powietrze. Czy jakiś idiota stroi sobie z niej żarty, czy jej największe marzenie właśnie się spełnia? Starała się zachować resztki spokoju, aby nie wyjść na napaloną nastolatkę. Z trudem, ale udawało jej się to.
 - No to właśnie dzwonię, aby ci oświadczyć, że wygrałaś. Możesz krzyczeć, piszczeć czy co tam sobie chcesz, jestem już przyzwyczajony. 
 Jej marzenie się spełniło. Po raz kolejny mogła poczuć te wspaniałe emocje bez wydawania kupy pieniędzy na bilety. Niestety, koncerty były drogie, a takie z dodatkowymi atrakcjami przekraczały jej skromny budżet wielokrotnie. Pierwszy raz w życiu mogła zobaczyć ich z odległości bliższej niż to dwadzieścia metrów od barierek do głównych zainteresowanych. Teraz czuła, że mimo wszystko opłacało się tak cierpieć w życiu, bo jej marzenia spełnią się i to w towarzystwie jej najlepszej przyjaciółki. Mimo wielkich emocji, które nią targały nie potrafiła wykrztusić z siebie żadnego słowa. Nie mogła po prostu otworzyć tych ust i powiedzieć jak bardzo jest szczęśliwa. Jej rozmówca chyba nie domyślił się, że to ze szczęścia i źle to odebrał…
 -Jareeeeeeeeed? Ja chyba ją zabiłem, mówiłem, że się do takich rozmów nie nadaję, brat zrób coś, siedzieć pójdę…- krzyczał sam Shannon Leto. Teraz wiedziała już do kogo należy ten głos. Niski, inteligentny i jakiś taki ciepły. Od razu się uśmiechnęła i postanowiła wyprowadzić go z błędu.
 - Żyję, tylko jestem taka szczęśliwa, że nie umiem sklecić żadnego logicznie brzmiącego zdania…- odpowiedziała mu i usłyszała ciche westchnienie i śmiech w tle. Pewnie rozmawiał z nią na głośno mówiącym, bo owy śmiech należał do Jareda. Ten głos wszędzie pozna o każdej porze dnia i nocy. Effy tak ją w tym wyszkoliła, że doszukiwała się go w każdym przechodniu, ot, takie małe zboczenie. 
 -Dobra..- tu zawahał się przez chwilę, pewnie szukał jej imienia w komputerze. Typowy gwiazdor, pomyślała z przekąsem.- Leah… Ładne imię swoją drogą, do zobaczenia jutro o godzinie trzynastej… Weź kogoś ze sobą, będę czekał niedaleko hali. Pa. 
Rozłączył się szybko i dziewczyna mogła odetchnąć z wrażenia. Niestety, przypomnienie w telefonie brutalnie wyrwało ją z transu i oznajmiło, że musi wyjeżdżać z domu. Już za chwilę zobaczy swoją kochaną siostrę…


******

I jak Wam się podobało? Zapraszam do opinii i komentarzy.