środa, 24 września 2014
Rozdział 7- ,,'Cause we don't need no shows"*
Rozdział 7- ,,'Cause we don't need no shows"*
*Gerard Way- No Shows
Mam nadzieję, że spodoba się Wam to co tu znajdziecie. Rozdział pojawia się tylko dlatego, że kochana Wiki zgodziła się wrzucić go za mnie, więc to jej należą się wszelkie podziękowania ;)
Jak zwykle, zapraszam do komentarzy i opinii. Im więcej ich będzie, tym szybciej dodam kolejny (a taki mały szantaż)
Zapraszam!
****
-Ttak...Pewnie.- starała się zamaskować jąkanie spowodowane wrażeniem, które wywarł na niej Jared.
-To ja pójdę do Shannona.- Leah wtrąciła się cicho i podążyła w stronę wskazaną przez wokalistę. Oczywiście, nie obyło się bez sugestywnego spojrzenia rzuconego w stronę rozanielonej przyjaciółki.
- Zapraszam w nasze skromne progi.- mężczyzna uśmiechnął się do speszonej dziewczyny. Weszli razem i po chwili tłumaczył co gdzie się znajduje.
Słuchała go jakby opowiadał o najciekawszych rzeczach świata, a on tylko mówił gdzie kto śpi i jak wygląda jego miejsce pracy. Była zachwycona samym faktem, że co jakiś czas podczas opowieści o tym co zabawnego wydarzyło się w danym miejscu, muskał ją swoją dłonią, albo dotykał barkiem. Czuła, jakby elektryczne ładunki przepływały przez ich ciała. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło, więc wiedziała, że on nie jest kolejnym przypadkowym chłopakiem.
-A tutaj jest moja ulubiona część domu.- uśmiechnięty wskazał balkon wychodzący na ogród. Widok był nieziemski, ponieważ zachodzące słońce zdawało się oblewać niebo swoją płomienną poświatą. Z pewnością zachwycała by się nad tym dużo bardziej, ale najlepsze widoki miała tuż obok siebie.
-Pięknie... Naprawdę świetnie to urządziliście.- powiedziała będąc pod niemałym wrażeniem. Stanęła tuż przy poręczy, tak aby delikatny wiatr rozwiewał jej perfekcyjnie wyprostowane włosy, przez które się spóźniły. Miała nadzieję, że wygląda jak gwiazda filmowa, ale cichy głos w jej głowie nie pozwalał jej poddać się tej wizji.
-Trochę nam to zajęło ale było warto.- podszedł bliżej niej, tak, że znowu stykali się ramionami. Mimochodem położył swoją dłoń na jej i wydawał się nie widzieć w tym żadnej nowości.
-Yhym...- rozmarzona, nawet nie zauważyła jak bardzo zbliżyli się do siebie w ciągu tych paru sekund. Dalej dotykali się rękami, ale charakter samego dotyku uległ diametralnej zmianie. Nie było to przyjacielskie, swobodne. Napięcie dookoła nich wzrosło o tyle, że chęć dotknięcia drugiej osoby przewyższała zdrowy rozsądek.
Jared obrócił siebie i Effy tak, że stali naprzeciwko siebie, a ona opierała się plecami o balustradę. Czuła jak wbija jej się w plecy, ale szczerze to w tamtej chwili to uczucie wydawało się być najprzyjemniejszym jakie istnieje na tej planecie.
-Nie podziwiamy już widoków?- zapytała go cicho.
-Właśnie patrzę na ten najpiękniejszy.- odpowiedział niemal mrucząc jej to do ucha.
***
-Cześć!- weszła do salonu, w którym zastała pozostałe 2/3 zespołu zalegające na kanapie przed telewizorem. Jak tylko ją zauważyli to automatycznie się z niej podnieśli i stanęli na baczność, co wyglądało straszliwie komicznie. Przynajmniej w oczach dziewczyny.
-Lee!- gitarzysta podbiegł do niej i przytulił z całych sił. Wiedział, że czeka ją dość poważna rozmowa z Shannonem i mimo faktu, że nie była tego świadoma to chciał dodać jej jakiejkolwiek otuchy.
-Zaraz ją udusisz geniuszu.- roześmiany perkusista podszedł do dwójki i uściskał dziewczynę po przyjacielsku. Tylko tak mógł, co niestety nie odpowiadało mu pod żadnym względem. Ale co mógł zrobić? Przecież nie zmusi jej, aby darzyła go uczuciami. To tak nie działa.
-Oj Tomo, ty mógłbyś mnie dusić dniami i nocami.- rozbawiona zakłopotaniem Shannona rzuciła porozumiewawcze spojrzenie do Chorwata.
-Uwierz mi, chciałbym, ale wtedy zostałbym uduszony przez Vicky. Właśnie, lecę do niej zadzwonić, o której będzie.- rzucił niby przypadkiem, ale miał w tym swój cel.- Tylko mi tu grzecznie, bo przyjdzie Papa Mofo i skończy się zabawa.
-Ochhh idź już.- rozeźlony perkusista nie oszczędzał groźnego spojrzenia na przyjaciela.
-Dobrze już, dobrze.- powiedział i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
-Chcesz zobaczyć ogród?- zapytał Leah już dużo łagodniejszym głosem.
-Pewnie, prowadź.- pozwoliła się złapać za rękę i poddać się mężczyźnie.
Wyszli na ogród, który równie dobrze mógłby być nazywany małym parkiem. Na środku był umieszczony basen a dookoła niego leżaki w różnych dziwnych miejscach. Kawałek dalej mogła dostrzec miejsce na ognisko, przy którym bracia bardzo lubili przebywać, ale nie poszli w żadne z wymienionych miejsc. Skręcili w lewo, gdzie rozpoczynała się ogromna połać zieleni. Przeszli przez miniaturowy las i dotarli na małą polanę z ławką w swojej centralnej części.
-Malownicze miejsce.- zachwycona Leah całkowicie zapomniała o stresie związanym z przebywaniem sam na sam z tym oto mężczyzną.
-Jesteś pierwszą osobą z poza rodziny, którą tutaj przyprowadziłem. Czuj się doceniona.- uśmiechnął się do niej.
-Zapiszę to w swoim pamiętniku zaraz obok informacji, że przyjaźnie się z samym Shannonem Leto.- próbowała ukryć rosnące zdenerwowanie za ścianą ironii. Zawsze ten sposób się sprawdzał, ale perkusista działał na nią bardziej niż sobie tego życzyła. Ba! Przyciągał ją jak jeden wielki elektromagnes, o których tyle uczyła się na znienawidzonej fizyce.
-Urocza jak zawsze.-skwitował z tahemniczym uśmieszkiem.
-A kto bogatemu zabroni?- mruknęła bardziej do siebie wiedząc, że Effy zareagowałaby na ten tekst wybuchem śmiechu.
-Ej! Ukradłaś moje ulubione powiedzonko, teraz musisz coś zrobić, żebym ci wybaczył.- rozbawiony Shannon usiadł na ławce i gestem wskazał swojej towarzyszce aby zajęła miejsce obok niego.
-Mów, zrobię wszystko.- dobry nastrój nie opuszczał ich obojga.
-Leah... Nie chcę się z tobą przyjaźnić.-powiedział dużo ciszej niż zamierzał, ale dziewczyna to usłyszała, wiedział to po jej reakcji, która nie należała do tych najbardziej przez niego oczekiwanych.
Widział łzy szklące się pod jej powiekami, ale chwile potem zakryła twarz rękoma. Ogarnęła ją przerażająca niemoc, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Nie miała pojęcia czy iść za głosem serca i zostawić tamten rozdział z jej przeszłości w zapomniane, czy może posłuchać po raz pierwszy rozsądku i zamknąć się w sobie, nie wpuścić go do swojego idealnego świata pełnego sprzeczności. Była w kropce.
-Ej, kochankowie!-jak na zawołanie zza drzew wyłonił się roześmiany Tomo i oświadczył.- Kolacja gotowa, zapraszam do stołu.
Wstała szybko i otarła łzy, które nie zdążyły jeszcze popłynąć. Uśmiechnęła się i podążyła za kucharzem. Shannon został sam na sam ze swoimi myślami, które coraz bardziej go pochłaniały.
****
-Proszę?- Effy nie mogła uwierzyć w to co się przed chwilą stało. Jego słowa wciąż brzmiały w jej głowie, odtwarzane raz po raz stawały się coraz bardziej nieprawdopodobne. W czasie kiedy ona analizowała jego wypowiedź, Jared zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Teraz stykali się biodrami, a ona czuła powoli twardniejącą męskość na swojej nodze. Z lekkim przerażeniem w oczach, które było zmieszane z ogromną ciekawością wpatrywała się w mężczyźnę przed nią.
-Och... Słyszałaś.- uciął jej spekulacje i zanurzył rękę w rozwianych włosach. Liczyło się tylko tu i teraz. Dobrze wiedział jak na nią działa i spodziewał się dokładnie takiej reakcji jaką otrzymał. Podobała mu się, nawet zachwycała go swoją delikatną urodą połączoną z mocnym charakterem typowej buntowniczki. Był pod wrażeniem jej intelektu, ale problem leżał w tym, że nie potrafił inaczej postępować z dziewczyną niż.... Przedmiotowo? Nie jest to najpiękniejsze słowo, ale do tej sytuacji odpowiednie.
-Stop.- ucięła wszystkie interakcje jakie planował z nią zapoczątkować.- Jak tak na ciebie działam to zabierz mnie na randkę.- powiedziała niepewnie i dała mu całusa w policzek.
-Ja..- zaczął czując, że robi się coraz bardziej czerwony na twarzy.- Przepraszam, nie chciałem cię urazić.
-Spokojnie, po prostu nie chcę zaczynać tego wszystkiego od dupy strony.- roześmiała się z własnego tekstu.- Już nie miej takiej zakłopotanej miny tylko mnie gdzieś zaproś.
-Dobrze, jutro o osiemnastej.- uśmiechnięty od ucha do ucha patrzył w jej śliczne oczy.- Szykuj się na wieczór pełen wrażeń.- dodał tajemniczo.
Zeszli na dół jakby nic się nie stało, a w jego głowie zrodziła się myśl, że może znalazł tą jedyną. Zabawne, ona pomyślała o tym samym...
****
-Tomo, jesteś mistrzem. Ten kurczak jest wyśmienity!- Leah ciągle prawiła komplementy kucharzowi co straszliwie denerwowało Shannona. Nie przyznawał się do tego przed samym sobą, ale był o nią zazdrosny bardziej niż powinien.
-Specjalnie dla ciebie go zrobiłem, no i oczywiście dla tego starego gbura.- spojrzał na rozzłoszczonego perkusistę.- Tylko wy w tym towarzystwie jecie mięso, więc czujcie się wyróżnieni.
-Jej...- entuzjazm starszego z braci Leto zdawał się nie wychodzić poza poziom rowu Mariańskiego.
-Mówiłem wam o moim nowym projekcie?- Jared uznał, że wtrącenie się między przyjaciół będzie idealnym rozwiązaniem problemu, przy a przyjmniej na tą chwilę.
-Kolejnym? Co tym razem, koncert nago?- sarkazm wydawał sie aż skapywać z wypowiedzi Shannona.
-Jak z tobą to by nikt nie przyszedł.- humor nie opuszczał Tomo ani na sekundę. Przerażona Leah wlepiła spojrzenie w stronę przyjaciółki bojąc się, że ta wspomni o sytuacji kiedy rozmawiały na temat wielkości przyrodzenia muzyka. Dyskretnie pokazała jej, że jeśli cokolwiek piśnie, długo popamięta ten dzień.
-No chyba nie jest aż tak źle, Shanny?- oczywiście Effy musiała dodać coś od siebie, na co druga dziewczyna zareagowała histerycznym chichotem. Shannon nie wyglądał na skorego do odpowiedzi, na szczęście uratowała go Vicky ogłaszając, że źle się czuje i musi być odwieziona do domu.
Tomo wraz z nią opuścili imprezę i tuż po tym zaczęła się ona pogarszać. Jared zaproponował Effy mały koncert na gitarze, a Leah zaoferowała się do pomocy przy sprzątaniu.
W taki o to sposób została sama z obiektem jej skrytych uczuć, który wkurzony wyglądał jeszcze bardziej męsko niż zazwyczaj, co w jej mniemaniu graniczyło z cudem. Zaciśnięta szczęka i ściągnięte brwi dodawało mu mroku, do którego tak lgnęła.
-Shann?- zagaiła cicho podczas gdy on chował naczynia do zmywarki.
-Co?
-Chciałabym porozmawiać...- mruknęła zrezygnowana, poczuła się odepchnięta przez niego, ale po swojej dość emocjonalnej reakcji na jego sugestie nie mogła spodziewać się niczego innego.
-O czym? O tym jakimi to wspaniałymi przyjaciółmi będziemy?- zdenerwowanie biło od niego na kilometr. Po raz pierwszy został odepchnięty, jeszcze do tego w tak chamski sposób.
-Posłuchasz mnie kiedyś?- mimowolnie podniosła głos. Nerwowa atmosfera udzielała się coraz bardziej.
-Mów w takim razie.- rozsiadł się na stołku barowym i oczekiwał tego co ma mu do powiedzenia.
Zaczęła od czegoś, o czym nie znosiła opowiadać, ale w tej sytuacji nie było innego wyjścia. Stopniowo jego gniew przemijał, a zastępowało go zrozumienie. Historia nie dobiegła jeszcze do punktu kulminującego, a księżyc znajdował się wysoko na niebie. Zapowiadała się długa noc. Śmieszne, ale po raz pierwszy od dawna zarwał nockę nie przez zaspakajanie jednej z podstawowych potrzeb, a przez rozmowę.
poniedziałek, 15 września 2014
Rozdział 6- „People talking without speaking, people hearing without listening, people writing songs that voices never share and no one dared disturb the sound of silence.”*
*Simon and Garfunkel- Sound of Silence
Rozdział dedykuję moim dwóm dziewuszkom, kochanej Wiki i Igusi.
Zapraszam, mam nadzieję, że się spodoba i zostawicie po sobie jakiś ślad w komentarzach.
****
-Tomo?
Jared?- zawołał cicho i zadowolony nie doczekał się odpowiedzi.
Na szczęście oboje byli pogrążeni we
śnie, więc ze spokojem
przeszedł przez korytarz na piętrze i zaczął schodzić na dół.
Musiał uważać, bo w pokoju gościnnym znajdował się Chorwat,
który kładł się w takim stanie, że z pewnością nie chciałby
być obudzony przez kroki perkusisty. Ostro zabalował, pewnie
dlatego, że żona nagle wyjechała do matki, zostawiając go
spuszczonego ze smyczy. Nie mieli dzieci, jedynym zobowiązaniem były
psy znajdujące się właśnie u rodzicielki jego małżonki. Miał
pełne prawo odpłynąć w krainę piwem i wódką płynącą.
Shannon
zaśmiał się ze swojego własnego tekstu i po chwili zorientował
się jak bardzo to musi strasznie wyglądać.
-Śmiejesz
się do siebie jak stary zbok.- rzucił cicho i czym prędzej
wyszedł z domu.
Nie
miał zielonego pojęcia dlaczego robił to co teraz. Dlaczego się z
nią umówił? Miał poczucie winy, dobrze o tym wiedział. Tylko
dlaczego do cholery tak bardzo chciał tego spotkania? Gdyby to była
pierwsza, lepsza dziewczyna to nawet by sobie nie zaprzątał tym
głowy.
Właśnie...
Ona nie była jedną z tych przypadkowych przygód na jedną noc, o
których zapominał tuż po wstaniu z łóżka. Miała w sobie tą
tajemnicę, której poszukiwał w każdej nowo poznanej dziewczynie.
Pech chciał, że nie tak szybko dowie się o jaką chodzi...
****
Siedziała
przy stole w kuchni i powoli popijała znajdujący się przed nią
napój. Nie miała ochoty na nic innego niż szklankę wody. Trzęsła
się delikatnie ze stresu, co można było zauważyć po drżeniu
rąk, które próbowała na siłę powstrzymać. Niestety, po tym co
przeczytała z samego rana nie mogła znaleźć dla siebie żadnego
miejsca, w którym mogłaby pomyśleć co zrobić. Miała ochotę
powiedzieć Effy co i jak, ale sama nie wiedziała czy to się działo
naprawdę. Zresztą, i tak by jej nie uwierzyła.
Podeszła do okna, za którym strugi deszczu zmywały cały brud i kurz z ulic Miasta Aniołów. Jeśli chciałaby się wybrać na to spotkanie to powinna wyjść za godzinę, inaczej nie miałaby szans zdążyć.
-A jeśli to głupi żart?- zapytała samej siebie.- Jak nie wyjdzie to znowu będziesz ryczeć jak jakaś beksa.- skwitowała.- Weź się w garść i chociaż tam pójdź. Nie musisz wchodzić...
Podeszła do okna, za którym strugi deszczu zmywały cały brud i kurz z ulic Miasta Aniołów. Jeśli chciałaby się wybrać na to spotkanie to powinna wyjść za godzinę, inaczej nie miałaby szans zdążyć.
-A jeśli to głupi żart?- zapytała samej siebie.- Jak nie wyjdzie to znowu będziesz ryczeć jak jakaś beksa.- skwitowała.- Weź się w garść i chociaż tam pójdź. Nie musisz wchodzić...
Po
raz kolejny w swoim życiu czuła, że tchórzy, ale ból jaki
sprawiał jej sam fakt obcowania z jakimkolwiek mężczyzną
przerastał ją i nie pozwalał usunąć się z jej świadomości.
-Kurwa...
Nie mam innej opcji.- mruknęła i wyszła do pokoju, aby się choć
trochę przygotować.
Piętnaście
minut później stała za drzwiami do swojego domu i oddychała
niespokojnie. Na pytanie Effy o to gdzie idzie odpowiedziała jej
tylko, że musi coś załatwić do pracy.
****
-Hej.-
zagaił ostrożnie dziewczynę, która właśnie weszła do kawiarni.
Miał nadzieję, że go poznała mimo ciemnych okularów oraz
kapelusza zasłaniającego świeżo umyte włosy. Czuł się
niepewnie, co ostatnio było dla niego dość odległym uczuciem.
Zawsze idealny, wyrafinowany i świadomy co się dookoła niego
dzieje teraz wiedział, że ona ma nad nim przewagę. Nie ważne, że
brzmiało to wprost komicznie, Shannon miał wrażenie, że to nie
jest „jego” dzień.
-Hej.-
odpowiedziała bardzo cicho, spokojnie. Wydawało się, że ma
całkiem obojętne spojrzenie na tą sprawę, ale wystarczyło
spojrzeć w jej oczy, które zdradzały emocje targające nią w
tamtej chwili. A było ich wiele. Postanowiła przejść od razu do
sedna spotkania, więc nawet nie zdjęła płaszcza i usiadła
naprzeciwko mężczyzny.- Nie chcę zajmować Twojego cennego czasu,
więc zapytam wprost. Czemu się do mnie odezwałeś?
-Ja...-
westchnął, nie wiedząc jakich słów ma użyć.- Nie żałuję, co
już wiesz, ale chciałbym... Spróbować czegoś więcej.
-Shannon,
to był jeden, dość przypadkowy pocałunek, więc nie licz na
deklaracje miłości z mojej strony.
-Nie
o to mi chodzi.- powiedział tonem bardziej stanowczym niż
zamierzał.- Może zwyczajnie zaczniemy gdzieś razem wychodzić.
Jak przyjaciele, na przykład.
-Musiałabym...
A pieprzyć to.- powiedziała sama do siebie. Zwróciła się w
stronę perkusisty i pokiwała delikatnie głową.- Bardzo chętnie.-
uśmiechnęła się nieśmiało.
Reakcja
mężczyzny okazała się być bardzo emocjonalna. Wstał szybko i
podszedł do dziewczyny, aby objąć ją swoimi szerokimi ramionami.
Zaskoczona Leah nie miała pojęcia jak zareagować na tak żywą
reakcje jej nowego „przyjaciela”. Oboje dobrze wiedzieli, że za
tym słowem kryje się coś większego i jakoś im to nie
przeszkadzało, ciekawe dlaczego...
-Ja...
-Nie
przepraszaj, tak robią przyjaciele, nieprawdaż?- zapytała go.
-No
to w ramach zawarcia nowej przyjaźni zapraszam ciebie i Effy do nas
na wieczór. Będzie tylko Jared, Tomo i ja, więc zrobi się taka
mała przyjacielska impreza.
-Bardzo
chętnie.- odrzekła i wróciła do sączenia kawy, chyba dziesiątej
tamtego dnia.
****
-Że
co? Zaprosił cię na co?- Effy zdawała się nie wierzyć
przyjaciółce, no cóż... Któż by się jej w tym dziwił.
-Na
imprezę.- przewróciła oczami.- Zresztą nie mnie, tylko nas.
-No
ja nie idę.
-A
to niby czemu?
-Nie
i tyle.- nie mogła przecież podać prawdziwego powodu swojej
niechęci do przyjścia na imprezę z TYM człowiekiem, który grzeszył perfekcją w każdym calu swojego ciała.
-Masz
czas do osiemnastej.- mruknęła Leah i zamknęła się w swoim
pokoju, aby przygotować się do spotkania.
Stresowała
się bardziej niż przed najcięższymi egzaminami w jej życiu. Jej
głównym problemem był jak zawsze strój. Shannon nie raczył jej
powiadomić, czy w jego mniemaniu „przyjacielska impreza” polega
na ciągłym chlaniu, czy może siedzeniu przy stole pod krawatem.
Zrozpaczona, postanowiła wziąć prysznic i ułożyć włosy. Tak,
to zawsze poprawiało jej nastrój.
Po
paru godzinach zdecydowała się na zwykłe, czarne spodnie i bluzkę
w tym samym kolorze. Fryzura nie należała do tych najbardziej
skomplikowanych w przygotowaniu, ale sprawiała, że Leah czuła się
swobodnie mimo nerwów związanych z wyjściem.
-To
co? Idziesz?- zwróciła się do Effy, która aktualnie kończyła
wiązać martensy.
-Jak
muszę...- uśmiechnęła się.
-To
chodź, spóźnimy się.
-Lee,
ja się tyle na nich naczekałam na tych wszystkich koncertach, że
teraz mam prawo spóźnić się chociaż piętnaście minut.
-Z
tobą to jak z dzieckiem.- zaśmiała się młodsza z nich i
rozsiadła się wygodnie na kanapie.
****
Całe
popołudnie spędził na namawianiu jedynego kucharza w zespole, aby
wreszcie ruszył się z łóżka i pomógł mu w przygotowaniach do
imprezy. Oczywiście, sam potrafił to i owo, ale mimo wszystko
potrzebował pomocy, a brat nie kwapił się do pracy przy garach po
rozmaitych przygodach z naleśnikami.
Wreszcie,
zrezygnowany gitarzysta musiał ustąpić i powlókł się w stronę
kuchni, aby chociaż pomachać łyżką na pokaz. Wszedł do
pomieszczenia i od razu uderzył go zapach miętowych ciasteczek,
które tak uwielbiał i niewiele myśląc zjadł je jedno po drugim.
-Tomo!
Co ty robisz z moimi ukochanymi?- niestety, drugi weganin w tym domu
musiał wejść tam akurat w chwili, w której ostatnie znikało w
ustach mężczyzny.
-Zostawiłeś
je, szukały nowego tatusia.
-Shannon
upiekł je specjalnie dla mnie, żebym się nie wtrącał do listy
gości, a ty je perfidnie pożerasz. Widziałem tą premedytacje w
twoim wzroku, nie oszukasz mnie.
-Można
was na chwilę zostawić samych bez perspektywy trzeciej wojny
światowej?- na szczęście perkusista wiedział kiedy wejść do
kuchni z zakupami.
-Ale...
- zaczął rozbawiony całą tą sytuacją Jared.
-Cicho
młody, bo cię posadzę na karnego jeżyka, a tego chyba nie
chcesz.
-Coś
ty, jego seksowny tyłeczek nie może być podrapany. Co powiedzą
na to fanki?- roześmiany Tomo jak zwykle wtrącił swoje trzy
grosze.
-O,
widzę, żeś się rozbudził. Pomóż mi z tym kurczakiem.
-Wiesz,
że nie jem mięsa...
-Ale
ja jem i nasi gości też, więc się postaraj Tomisilver.- wiedział
jak zdenerwować Chorwata. Zawsze używał do tego celu ksywki,
którą główny zainteresowany zwykł nadawać postaciom w grach na
konsolę.
-Zginiesz
karle, oj zginiesz.- Tomo zaczął mu grozić, ale grzecznie wziął
się do przyprawiania mięsa.
-To
kto przyjdzie?- Jared, który jako jedyny nie miał roboty w tej
części przygotowań usiadł przy barku i tęsknie patrzył na
blachę po ciasteczkach.
-Tylko
parę osób. - Shannon nie kwapił się do tłumaczenia bratu kogo
zaprosił.
-Jakich?
-Słuchaj,
różnych, młody. Moja nowa znajoma z koleżanką.
-To
my na twoje schadzki mamy gotować?- Tomo wydawał się być jak
najbardziej oburzony.- Wszczynam bunt i nie będę nic robił,
dopóki nie zdradzisz nam imion, kapiszi?
-Leah
i Effy.- mruknął zrezygnowany.
Reakcja
jego brata była najlepszym co widział do tej pory w swoim życiu, a
przeszedł wiele. Biedaczek opluł się mlekiem migdałowym i pobiegł
na górze krzycząc, że musi się przygotować psychicznie.
Cokolwiek to miało oznaczać.
Na
szczęście, nie zadawał mu pytań, na które tak bardzo nie chciał
odpowiadać. Zapomniał, że gitarzysta też potrafi być upierdliwy.
-Jak
nie ma głównej plotkary to możesz mi powiedzieć dlaczego.
-Ehh...-
westchnął i następnie opowiedział mu całe zajście w
garderobie.
Przez
cały czas Tomo słuchał z otwartymi ustami. Jak Shannon skończył
opowiadać o tym co stało się dzisiaj, to musiał czekać dłuższą
chwilę na to co gitarzysta o tym wszystkim myśli.
-Kurde...
Zaszalałeś stary, nie ma co. Nie wiem co mam ci powiedzieć, może
to jest „ta jedyna”?
-Sam
nie wiem, a co jeśli ona nie chce tego co ja? Może rzeczywiście ma
ochotę na relacje przyjaciel- przyjaciółka?
-Dzisiaj
się przekonasz.- jednym zdaniem Tomo zakończył całą dyskusję,
bo do kuchni wszedł Jared.
To,
że był odpicowany to widzieli obydwoje, ale to i tak nie było
wystarczające określenie na to jak się prezentował. Miał na
sobie swoje „najlepsze spodnie”, czyli proste czarne dżinsy (bez
żadnych dziur! Fakt ten wymaga wyjątkowego podkreślenia.) Oraz
szary t-shirt, który wiele dziewczyn uważa za ten najbardziej
seksowny. Chociaż nie to zrobiło największe wrażenie na
chłopakach. On zgolił brodę. Tak, swoją ukochaną, która
dotrzymywała mu towarzystwa od wielu miesięcy.
-Czy
moje oczy dobrze widzą? Święty zarost został spłukany do
umywalki?- rozbawiony Shannon nie potrafił się powstrzymać od
złośliwego komentarza.
-Zamilcz
człowieku. Twoje słowa są dla mnie jak brzęczenie muchy.- urażony
wokalista wziął swoją szklankę wraz z kartonem mleka i opuścił
kuchnię tak szybko jak się w niej pojawił.
****
-Daj
mi szybko te szpilki, zmieniam zdanie.- rozstrojona Effy właśnie
krzyczała na przyjaciółkę jak siedziały w samochodzie pod domem
muzyków.
-Nie
mam.
-Jezu,
wiem gdzie je trzymasz, nie ukryjesz ich przede mną.- wychyliła się
na tylne siedzenie i porwała znajdujące się pod nim buty trzymane
tam na „specjalną okazję”.
-Kradziej.-
rzuciła Leah i po raz ostatni przejrzała się w lusterku.- Idziemy?
-Idziemy.
Wyszły
z auta i skierowały się do drzwi pozornie zwyczajnego budynku.
Nawet nie musiały pukać, bo drzwi zostały natychmiastowo otworzone
przez Jareda.
-Hej.-
powiedziała nieśmiało Leah, bo Effy tak jakby odebrało mowę. To
samo można było powiedzieć o muzyku.
-
Rozgość się, Shannon już czeka.- zwrócił się do tej bardziej
rozgadanej.- Eff, chcesz, żebym cię oprowadził?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)