środa, 1 października 2014

Rozdział 8- ,,Gonię sam siebie i znów zamiera świat, nie jestem tutaj sam."*

Mam nadzieję, że rozdział będzie miał pozytywny wpływ na Was i poprawi Wam humor w ten zimny, jesienny dzień.
Naprawiłam komputer (jestem mistrzem, wiem), więc rozdziały będą pojawiały się coraz częściej :) Mam nadzieję, że czekaliście. Rozdział trochę dłuższy niż zazwyczaj, taki mały prezent ode mnie.
P.S
Przepraszam, jestem do bani w opisywaniu randek.
****
Rzuciła niepewne spojrzenie w jego kierunku. Spodziewała się wymuszonego współczucia albo chociaż 
pogardy, która jak najbardziej jej się należała. Ledwo co osiągnęła pełnoletność to zaszła w ciąże z mężczyzną o wiele starszym od niej. Nie było to inteligentne, nawet nie mogła się zacząć tłumaczyć, bo zwyczajnie nie wiedziała jak. Musiała kontynuować opowieść, jeśli nie chciała zostawić idealnej szansy na rozpoczęcie nowego, lepszego życia u jego boku.
Jak to brzmiało... Oczywiście nie miała żadnej pewności, że po tym wszystkim rzuci jej się w ramiona, wręcz przeciwnie. Zapewne chodziło jej o wyrzucenie wszystkich emocji, które trzymała w sobie od lat.
Właśnie w taki sposób zostałam sama, bez domu i faceta, ale za to z dzieckiem, które było moim jedynym pocieszeniem.- wzięła głęboki oddech, bo teraz miała powiedzieć coś co dręczy ją w najstraszniejszych koszmarach sennych.- I... I potem je straciłam.- załamała się. Nie tak to miało wyglądać, teraz jego reakcja będzie jeszcze bardziej wymuszona niż byłaby bez niej zanoszącej się płaczem.
-Ja... Nie wiem co powiedzieć. Może to, że zachowałem się jak idiota? Nie zwracałem uwagi, że możesz mieć problemy. Wiem, że to nic nie da, ale przepraszam.- niewiele myśląc podszedł bliżej i objął ją w swoje duże ramiona. Chciała się wyrwać, nie potrzebowała jego współczucia, ale ciepło, które ją otaczało w jakiś dziwny sposób sprawiło, że czuła się bezpieczna. Po raz ostatni raz pociągnęła nosem i próbowała podnieść głowę na tyle, aby spojrzeć w oczy bruneta.
-Między nami wszystko w porządku?- zapytała cicho.
-Nie wiem.- odpowiedział szczerze.
-Myślałam i... Też nie chcę być twoją przyjaciółką.- bardziej wymamrotała niż powiedziała.
Naprawdę?
-Nie, wiesz? Akurat w takiej chwili wzięło mnie na żarty.- uśmiechnęła się rozbrajająco.
-Czyli mogę zrobić to?- pocałował ją w kącik ust, na co ona rozbawiona kiwnęła głową.- A to?- dał jej całusa w usta i otrzymał taką samą odpowiedź.- To w takim razie zrobię to.- obdarował ją jedym z najbardziej delikatnych pocałunków jakich kiedykolwiek udało się jej doświadczyć. Oddała go z identyczną troską.
****
Otulił ją kocem, tak aby się nie obudziła. Zasnęła podczas wspólnego śpiewania Alibi, co wyglądało przeuroczo. Po prostu w pewnym momencie jej głowa opadła na poduszki. Zgasił światło i zszedł na dół gdzie Leah pomagała Shannonowi w sprzątaniu.
Podczas kolacji zauważył jakieś dziwne napięcie pomiędzy nimi, ale wtedy nie zwrócił na to uwagi. Brat był zdenerwowany, więc... Wróć. Był wkurwiony. Ciekawe dlaczego? Miał nadzieję, że po wyjściu dziewczyn, co w zaistniałej sytuacji może stać się dopiero rano, dowie się o co mu chodziło.
Zatrzymał się przed drzwiami do kuchni mając nadzieję, że podsłucha cokolwiek z rozmowy tamtej dwójki, ale z zaskoczeniem stwierdził, że nie słyszy żadnych krzyków ani przekleństw, wręcz przeciwnie. Do jego uszu dochodziły śmiechy, które wcale nie brzmiały na wymuszone.
Wszedł do pomieszczenia i jego oczom ukazał się obraz rodem z komedii romantycznej. Jego brat stał do niego tyłem opierając się biodrami o Leah, której wcale to nie przeszkadzało.
Zamknął drzwi i uznał, że tego nie widział. Co innego, że dość często dzielił się z Shannonem doświadczeniami w tych sprawach, ale obserwowanie go całującego dziewczynę nie należało do jego wymarzonych widoków. Postanowił wejść jeszcze raz, ale o wiele głośniej. Jak pomyślał, tak uczynił.
-Effy zasnęła, więc zostaniecie na noc?- prawie, że wykrzyczał.
-Pewnie, oczywiście jeśli to nie robi wam żadnego problemu.- odpowiedziała mu zawstydzona dziewczyna.
-Opcjonalnie możecie.- Shannon silił się na obojętność w stosunku do Leah, ale dobrze wiedział, że mu nie wychodziło.
-Pff, łaski bez.- odparowała identycznym tonem.
-Spokojnie, spokojnie za chwilę się pozabijacie.- Jared był pewien, że jedynie odgrywają przed nim tą scenkę, a w rzeczywistości chcą się na siebie rzucić wcale nie po to, aby zrobić sobie krzywdę. Zastanawiał go fakt, kiedy to braciszek zamierzał mu powiedzieć co się między nimi wydarzyło. Zabolało go to trochę, że jak zwykle starszy Leto przed nim coś ukrywał.- Lee, chcesz zobaczyć gdzie jest pokój gościnny i łazienka?
-Prowadź panie Leto.- uśmiechnięta od ucha do ucha ruszyła na górę.
-A my jeszcze porozmawiamy Shann.- rzucił, tak aby usłyszał go tylko brat, który zrobił minę obrażonego niewiniątka.
****
-Gdzie ja jestem?- zadała samej sobie pytanie rozglądając się po nieznanym wnętrzu. Było jasne i przestronne i w głowie kiełkowała jej myśl, że kiedyś już je widziała. Tylko gdzie? Podniosła głowę z poduszki i ogarnęła wzrokiem całe pomieszczenie. Z przerażeniem stwierdziła, że ktoś leży na karimacie obok łóżka, w którym leżała. Był to dość wysoki mężczyzna, nie widziała jego głowy, ale rozpoznała płeć po układzie ciała i po tym jak cichutko pochrapywał. Jeszcze dlatego, że stopy odziane w wielobarwne skarpetki wystawały z poza kołdry w malutkie loga Batmana. Wyglądało to przezabawnie, ale biorąc pod uwagę fakt, że nie miała zielonego pojęcia gdzie się znajduje nie było jej do śmiechu.
-Wstałaś już Elfie?- usłyszała głos dochodzący spod owego ekscentrycznego przykrycia. Automatycznie przypomniała sobie szczegóły wczorajszego wieczoru. Wspólna kolacja, śpiewanie i trochę wina. Uśmiechnęła się sama do siebie, bo spełniła jedno ze swoich marzeń; zaśpiewać duet z Jaredem Leto.
-Elfie?- zapytała zaciekawiona genezą tego przydomku.
-No tak, to proste przecież. Masz na imię Effy, a twoje ucho ma elfi kształt. Nic trudnego.- patrzyła jak wstaje i siada obok niej na łóżku. Mimowolnie podkurczyła nogi, tak że kolana zasłaniały jej twarz. Od razu to zauważył.- Nie masz się czego wstydzić, wyglądasz ślicznie.
-Phi, dobrze o tym wiem.- powiedziała z udawaną pewnością siebie. Miała świadomość, że rano przypomina bardziej zmorę niż piękną i delikatną istotkę.
-Jaka pewna siebie. Pamiętasz o naszym spotkaniu?
-Jakże mogłabym zapomnieć?- odpowiedziała z zalotnym uśmiechem na twarzy. W głębi duszy straszliwie się stresowała, ale nie mogła dać tego po sobie poznać. Sama zaproponowała wspólne wyjście, więc teraz musiała stawić temu czoła.- Chyba będę musiała iść, chcę się jeszcze przygotować.
-Pewnie, zejdź na dół do kuchni. Za moment do Ciebie dołączę i zrobimy coś na śniadanie.
-Okej.- wyszła z pokoju zastanawiając się gdzie podziewa się jej przyjaciółka. Pewnie spała w gościnnym pokoju jak najdalej od Shannona.
Wczoraj mogła zauważyć, że coś się pomiędzy tą dwójką wydarzyło. Chciała znaleźć jakąś odpowiednią chwilę, aby zacząć ten temat. Coś czuła, że albo szykuje się długa i poważna rozmowa, albo zostanie kompletnie zbyta. Na razie przejmowała się swoim wieczornym spotkaniem z facetem, o którym wcześniej mogła tylko śnić.

****
- Jak myślisz słyszą nas?- Effy zapytała cicho przyjaciółkę. Przed chwilą weszły do auta i pożegnały się z braćmi Leto.
-Tak, założyli nam podsłuch kiedy spałyśmy.
-Jeju, z tobą to nic się nie da...- westchnęła zrezygnowana.- Muszę ci coś powiedzieć.
-Mam się bać?- Leah spodziewała się co może za chwilę usłyszeć, ale wolała się mylić. Nie chciała, aby Eff za bardzo angażowała się w związek z muzykiem. Z tego co słyszała nie obchodził się z kobietami tak jak powinien. Sama nie była lepsza, przy pierwszej lepszej okazji zadurzyła się po uszy w jego bracie, ale starała się sobie wmówić, że to zupełnie co innego.
-Mnie? Zawsze.-uśmiechnęła się promiennie.- Jared zaprosił mnie na randkę.-wyrzuciła z siebie jednym tchem.
-Wow...Kiedy?- starała się ukryć swoje prawdziwe odczucia co do tego spotkania. Nie chciała, aby przyjaciółka się zraziła na takim człowieku.
-Dzisiaj, przyjedzie po mnie o osiemnastej.
-To życzę cudownej randki kochanie.- uśmiechnęła się do niej i skupiła się na drodze. Więcej już nie rozmawiały na ten temat.
****
-Wychodzę, jak coś to zadzwonię i przyjedziesz, okej?-zajrzała do pokoju Lee i spojrzała na nią siedząca na łóżku z komputerem na kolanach.
-Pewnie misiek, tylko nie daj się oczarować magicznemu Leto.
-O to się nie martw, raczej on oszaleje na moim punkcie.- puściła jej oko.- Jak nie wrócę na noc to... To znaczy, że się dobrze bawię.
Nie przesadź, ja cię nie będę odbierać po nocach z jakiś klubów.- coraz bardziej zaczynała bawić ją zaistniała sytuacja. Przechodził strach, że coś się stanie jedynej osobie, która coś dla niej znaczyła.
-Lecę, bo zaczynasz smęcić, Earl! Do później.
-Miłej zabawy!- krzyknęła za nią i już słyszała odgłos zamykanych drzwi. Zapowiadało się na to, że miała cały wieczór, może i noc dla siebie. Dobrze wiedziała do kogo zadzwoni.
****
Wyszła z budynku i od razu zauważyła mężczyznę stojącego obok bardzo dobrego auta. Mimo okularów i włosów związanych z tyłu głowy w kucyk poznała go od razu. Był ubrany w proste, czarne spodnie i koszulę tego samego koloru. W tamtej chwili cieszyła się, że nie wybrała szykownej sukienki, tylko tą bardziej na luzie. Była w kolorze błękitnym i znajdowało się na niej mnóstwo róż. Uznała, że taka będzie idealna i do restauracji, jak i do parku rozrywki.
-Effy!- zawołał do niej myśląc, że go nie poznała.- Wyglądasz przepięknie.
-Dziękuję, ty też niczego sobie Leto.- odpowiedziała mu z promiennym uśmiechem. Dawno nie czuła się tak dobrze w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.
- To co? Jedziemy?- zapytał, choć bardzo dobrze znał odpowiedź.
- Z wielką chęcią. Jestem strasznie ciekawa co tam wymyśliłeś.- skierowała się w stronę drzwi pasażera, które zostały dla niej otworzone przez Jareda.- Zaczęło się bardzo dobrze.- pomyślała i starała się powstrzymać ogromny uśmiech cisnący się na jej usta. Mężczyzna usiadł przy kierownicy i powoli wyjechał z parkingu pod blokiem.
Jako, że znajdowała się w mieście aniołów dopiero parę dni nie miała pojęcia gdzie jadą. Przez chwilę nawet bała się, że gdzieś ją wywiezie, ale uznała, że takie rozmyślania są idiotyczne. Jakby chciał ją skrzywdzić to zrobiłby to na balkonie wbrew jej woli.
Dochodził jeszcze fakt, że Leto bardzo lubił obchodzić się z kobietami jak z rzeczami. Kiedyś była wręcz przekonana, że ten facet może zrobić z nią wszystko i będzie zachwycona, teraz zaczynała wątpić w tą deklaracje. Chociaż nie narzekałaby, gdyby coś takiego miałoby miejsce.
Podczas jazdy autem prowadzili swobodną konwersacje o wszystkim i o niczym. Rozmawiało się im tak przyjemnie, że Effy nawet nie zauważyła kiedy Jared zwolnił i zaparkował w nieznanym jej miejscu.
Znajdowali się pośrodku niczego. Dookoła nich rosło parę drzew, ale nie był to przeogromny las. Ta wiadomość uspokoiła dziewczynę.
-Gdzie jesteśmy?- zapytała z lekkim zdenerwowaniem w głosie.
-Za chwilę zobaczysz, mam nadzieję, że to miejsce przypadnie ci do gustu.
Wysiedli z samochodu, a Jay wyciągnął z bagażnika wielki kosz piknikowy. Effy zaczynała się domyślać gdzie może ją zabrać. Tyle się nasłuchała o Hollywood Hills i to tym, że jest to ukochane miejsce muzyka.
Szli w kierunku, w którym było coraz mniej drzew. Nie miała zielonego pojęcia jak długo zajęła im ta droga, ale wiedziała, że jeśli za chwilę nie będą na miejscu to jej ekscytacja sięgnie zenitu.
Kiedy rośliny przestały otaczać ich z każdej strony zobaczyła, że przed nimi pojawia się dzika plaża.
-Nie spodziewałam się tego...- wydusiła z siebie widząc niesamowity zachód słońca, który ulokował się idealnie nad wodą.
-Myślałaś, że pojedziemy na wzgórza?- zaśmiał się serdecznie. - To za bardzo oklepany motyw.- powiedział i chwycił ją za rękę, aby pomóc zejść po skarpie.
-Tam było jeszcze piękniej niż na górze. Delikatny wiatr rozwiewał jej włosy, a ciepły piasek ogrzewał spod koca. Czuła się idealnie, była pewna, że tak właśnie powinno być. Jared otworzył butelkę wina i podał jej kieliszek napełniony nim do połowy. W jego znajdowało się tylko trochę trunku. Effy spojrzała na niego pytająco.
-Tylko dlatego, że prowadzę.- odpowiedział na to nieme pytanie.- Spokojnie, nie chcę cię upić.
****
Poprawiła bluzkę, która i tak układała się na niej idealnie. Spojrzała w lustro i z zadowoleniem uśmiechnęła się do swojego odbicia. Wyglądała względnie dobrze, co biorąc pod uwagę jej niską samoocenę było ogromnym postępem. Akurat w chwili kiedy chciała zmienić spodnie zadzwonił dzwonek do mieszkania. Podeszła do drzwi i otworzyła je.
-Więc mówisz, że masz wolny wieczór?- Shannon stał w wejściu do domu z torbą pełną zakupów w ręce. Zapowiadała się ciekawa noc. Dla jednej dziewczyny, jak i drugiej. 

środa, 24 września 2014

Rozdział 7- ,,'Cause we don't need no shows"*


Rozdział 7- ,,'Cause we don't need no shows"*

*Gerard Way- No Shows

Mam nadzieję, że spodoba się Wam to co tu znajdziecie. Rozdział pojawia się tylko dlatego, że kochana Wiki zgodziła się wrzucić go za mnie, więc to jej należą się wszelkie podziękowania ;) 

Jak zwykle, zapraszam do komentarzy i opinii. Im więcej ich będzie, tym szybciej dodam kolejny (a taki mały szantaż) 
Zapraszam! 


****

-Ttak...Pewnie.- starała się zamaskować jąkanie spowodowane wrażeniem, które wywarł na niej Jared. 
-To ja pójdę do Shannona.- Leah wtrąciła się cicho i podążyła w stronę wskazaną przez wokalistę. Oczywiście, nie obyło się bez sugestywnego spojrzenia rzuconego w stronę rozanielonej przyjaciółki.
- Zapraszam w nasze skromne progi.- mężczyzna uśmiechnął się do speszonej dziewczyny. Weszli razem i po chwili tłumaczył co gdzie się znajduje. 
Słuchała go jakby opowiadał o najciekawszych rzeczach świata, a on tylko mówił gdzie kto śpi i jak wygląda jego miejsce pracy. Była zachwycona samym faktem, że co jakiś czas podczas opowieści o tym co zabawnego wydarzyło się w danym miejscu, muskał ją swoją dłonią, albo dotykał barkiem. Czuła, jakby elektryczne ładunki przepływały przez ich ciała. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło, więc wiedziała, że on nie jest kolejnym przypadkowym chłopakiem. 
-A tutaj jest moja ulubiona część domu.- uśmiechnięty wskazał balkon wychodzący na ogród. Widok był nieziemski, ponieważ zachodzące słońce zdawało się oblewać niebo swoją płomienną poświatą. Z pewnością zachwycała by się nad tym dużo bardziej, ale najlepsze widoki miała tuż obok siebie.
-Pięknie... Naprawdę świetnie to urządziliście.- powiedziała będąc pod niemałym wrażeniem. Stanęła tuż przy poręczy, tak aby delikatny wiatr rozwiewał jej perfekcyjnie wyprostowane włosy, przez które się spóźniły. Miała nadzieję, że wygląda jak gwiazda filmowa, ale cichy głos w jej głowie nie pozwalał jej poddać się tej wizji. 
-Trochę nam to zajęło ale było warto.- podszedł bliżej niej, tak, że znowu stykali się ramionami. Mimochodem położył swoją dłoń na jej i wydawał się nie widzieć w tym żadnej nowości.
-Yhym...- rozmarzona, nawet nie zauważyła jak bardzo zbliżyli się do siebie w ciągu tych paru sekund. Dalej dotykali się rękami, ale charakter samego dotyku uległ diametralnej zmianie. Nie było to przyjacielskie, swobodne. Napięcie dookoła nich wzrosło o tyle, że chęć dotknięcia drugiej osoby przewyższała zdrowy rozsądek. 
Jared obrócił siebie i Effy tak, że stali naprzeciwko siebie, a ona opierała się plecami o balustradę. Czuła jak wbija jej się w plecy, ale szczerze to w tamtej chwili to uczucie wydawało się być najprzyjemniejszym jakie istnieje na tej planecie. 
-Nie podziwiamy już widoków?- zapytała go cicho.
-Właśnie patrzę na ten najpiękniejszy.- odpowiedział niemal mrucząc jej to do ucha.
***
-Cześć!- weszła do salonu, w którym zastała pozostałe 2/3 zespołu zalegające na kanapie przed telewizorem. Jak tylko ją zauważyli to automatycznie się z niej podnieśli i stanęli na baczność, co wyglądało straszliwie komicznie. Przynajmniej w oczach dziewczyny. 
-Lee!- gitarzysta podbiegł do niej i przytulił z całych sił. Wiedział, że czeka ją dość poważna rozmowa z Shannonem i mimo faktu, że nie była tego świadoma to chciał dodać jej jakiejkolwiek otuchy. 
-Zaraz ją udusisz geniuszu.- roześmiany perkusista podszedł do dwójki i uściskał dziewczynę po przyjacielsku. Tylko tak mógł, co niestety nie odpowiadało mu pod żadnym względem. Ale co mógł zrobić? Przecież nie zmusi jej, aby darzyła go uczuciami. To tak nie działa. 
-Oj Tomo, ty mógłbyś mnie dusić dniami i nocami.- rozbawiona zakłopotaniem Shannona rzuciła porozumiewawcze spojrzenie do Chorwata. 
-Uwierz mi, chciałbym, ale wtedy zostałbym uduszony przez Vicky. Właśnie, lecę do niej zadzwonić, o której będzie.- rzucił niby przypadkiem, ale miał w tym swój cel.- Tylko mi tu grzecznie, bo przyjdzie Papa Mofo i skończy się zabawa.
-Ochhh idź już.- rozeźlony perkusista nie oszczędzał groźnego spojrzenia na przyjaciela. 
-Dobrze już, dobrze.- powiedział i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni. 
-Chcesz zobaczyć ogród?- zapytał Leah już dużo łagodniejszym głosem.
-Pewnie, prowadź.- pozwoliła się złapać za rękę i poddać się mężczyźnie. 
Wyszli na ogród, który równie dobrze mógłby być nazywany małym parkiem. Na środku był umieszczony basen a dookoła niego leżaki w różnych dziwnych miejscach. Kawałek dalej mogła dostrzec miejsce na ognisko, przy którym bracia bardzo lubili przebywać, ale nie poszli w żadne z wymienionych miejsc. Skręcili w lewo, gdzie rozpoczynała się ogromna połać zieleni. Przeszli przez miniaturowy las i dotarli na małą polanę z ławką w swojej centralnej części.
-Malownicze miejsce.- zachwycona Leah całkowicie zapomniała o stresie związanym z przebywaniem sam na sam z tym oto mężczyzną. 
-Jesteś pierwszą osobą z poza rodziny, którą tutaj przyprowadziłem. Czuj się doceniona.- uśmiechnął się do niej. 
-Zapiszę to w swoim pamiętniku zaraz obok informacji, że przyjaźnie się z samym Shannonem Leto.- próbowała ukryć rosnące zdenerwowanie za ścianą ironii. Zawsze ten sposób się sprawdzał, ale perkusista działał na nią bardziej niż sobie tego życzyła. Ba! Przyciągał ją jak jeden wielki elektromagnes, o których tyle uczyła się na znienawidzonej fizyce.
-Urocza jak zawsze.-skwitował z tahemniczym uśmieszkiem. 
-A kto bogatemu zabroni?- mruknęła bardziej do siebie wiedząc, że Effy zareagowałaby na ten tekst wybuchem śmiechu. 
-Ej! Ukradłaś moje ulubione powiedzonko, teraz musisz coś zrobić, żebym ci wybaczył.- rozbawiony Shannon usiadł na ławce i gestem wskazał swojej towarzyszce aby zajęła miejsce obok niego. 
-Mów, zrobię wszystko.- dobry nastrój nie opuszczał ich obojga. 
-Leah... Nie chcę się z tobą przyjaźnić.-powiedział dużo ciszej niż zamierzał, ale dziewczyna to usłyszała, wiedział to po jej reakcji, która nie należała do tych najbardziej przez niego oczekiwanych. 
 Widział łzy szklące się pod jej powiekami, ale chwile potem zakryła twarz rękoma. Ogarnęła ją przerażająca niemoc, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Nie miała pojęcia czy iść za głosem serca i zostawić tamten rozdział z jej przeszłości w zapomniane, czy może posłuchać po raz pierwszy rozsądku i zamknąć się w sobie, nie wpuścić go do swojego idealnego świata pełnego sprzeczności. Była w kropce.
-Ej, kochankowie!-jak na zawołanie zza drzew wyłonił się roześmiany Tomo i oświadczył.- Kolacja gotowa, zapraszam do stołu. 
Wstała szybko i otarła łzy, które nie zdążyły jeszcze popłynąć. Uśmiechnęła się i podążyła za kucharzem. Shannon został sam na sam ze swoimi myślami, które coraz bardziej go pochłaniały.

****

-Proszę?- Effy nie mogła uwierzyć w to co się przed chwilą stało. Jego słowa wciąż brzmiały w jej głowie, odtwarzane raz po raz stawały się coraz bardziej nieprawdopodobne. W czasie kiedy ona analizowała jego wypowiedź, Jared zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Teraz stykali się biodrami, a ona czuła powoli twardniejącą męskość na swojej nodze. Z lekkim przerażeniem w oczach, które było zmieszane z ogromną ciekawością wpatrywała się w mężczyźnę przed nią. 
-Och... Słyszałaś.- uciął jej spekulacje i zanurzył rękę w rozwianych włosach. Liczyło się tylko tu i teraz. Dobrze wiedział jak na nią działa i spodziewał się dokładnie takiej reakcji jaką otrzymał. Podobała mu się, nawet zachwycała go swoją delikatną urodą połączoną z mocnym charakterem typowej buntowniczki. Był pod wrażeniem jej intelektu, ale problem leżał w tym, że nie potrafił inaczej postępować z dziewczyną niż.... Przedmiotowo? Nie jest to najpiękniejsze słowo, ale do tej sytuacji odpowiednie. 
-Stop.- ucięła wszystkie interakcje jakie planował z nią zapoczątkować.- Jak tak na ciebie działam to zabierz mnie na randkę.- powiedziała niepewnie i dała mu całusa w policzek. 
-Ja..- zaczął czując, że robi się coraz bardziej czerwony na twarzy.- Przepraszam, nie chciałem cię urazić. 
-Spokojnie, po prostu nie chcę zaczynać tego wszystkiego od dupy strony.- roześmiała się z własnego tekstu.- Już nie miej takiej zakłopotanej miny tylko mnie gdzieś zaproś. 
-Dobrze, jutro o osiemnastej.- uśmiechnięty od ucha do ucha patrzył w jej śliczne oczy.- Szykuj się na wieczór pełen wrażeń.- dodał tajemniczo. 
Zeszli na dół jakby nic się nie stało, a w jego głowie zrodziła się myśl, że może znalazł tą jedyną. Zabawne, ona pomyślała o tym samym...

****

-Tomo, jesteś mistrzem. Ten kurczak jest wyśmienity!- Leah ciągle prawiła komplementy kucharzowi co straszliwie denerwowało Shannona. Nie przyznawał się do tego przed samym sobą,  ale był o nią zazdrosny bardziej niż powinien. 
-Specjalnie dla ciebie go zrobiłem, no i oczywiście dla tego starego gbura.- spojrzał na rozzłoszczonego perkusistę.- Tylko wy w tym towarzystwie jecie mięso, więc czujcie się wyróżnieni. 
-Jej...- entuzjazm starszego z braci Leto zdawał się nie wychodzić poza poziom rowu Mariańskiego. 
-Mówiłem wam o moim nowym projekcie?- Jared uznał, że wtrącenie się między przyjaciół będzie idealnym rozwiązaniem problemu, przy a przyjmniej na tą chwilę. 
-Kolejnym? Co tym razem, koncert nago?- sarkazm wydawał sie aż skapywać z wypowiedzi Shannona. 
-Jak z tobą to by nikt nie przyszedł.- humor nie opuszczał Tomo ani na sekundę. Przerażona Leah wlepiła spojrzenie w stronę przyjaciółki bojąc się, że ta wspomni o sytuacji kiedy rozmawiały na temat wielkości przyrodzenia muzyka. Dyskretnie pokazała jej, że jeśli cokolwiek piśnie, długo popamięta ten dzień. 
-No chyba nie jest aż tak źle, Shanny?- oczywiście Effy musiała dodać coś od siebie, na co druga dziewczyna zareagowała histerycznym chichotem. Shannon nie wyglądał na skorego do odpowiedzi, na szczęście uratowała go Vicky ogłaszając, że źle się czuje i musi być odwieziona do domu. 
Tomo wraz z nią opuścili imprezę i tuż po tym zaczęła się ona pogarszać. Jared zaproponował Effy mały koncert na gitarze, a Leah zaoferowała się do pomocy przy sprzątaniu. 
W taki o to sposób została sama z obiektem jej skrytych uczuć, który wkurzony wyglądał jeszcze bardziej męsko niż zazwyczaj, co w jej mniemaniu graniczyło z cudem. Zaciśnięta szczęka i ściągnięte brwi dodawało mu mroku, do którego tak lgnęła.
-Shann?- zagaiła cicho podczas gdy on chował naczynia do zmywarki.
-Co? 
-Chciałabym porozmawiać...- mruknęła zrezygnowana, poczuła się odepchnięta przez niego, ale po swojej dość emocjonalnej reakcji na jego sugestie nie mogła spodziewać się niczego innego.
-O czym? O tym jakimi to wspaniałymi przyjaciółmi będziemy?- zdenerwowanie biło od niego na kilometr. Po raz pierwszy został odepchnięty, jeszcze do tego w tak chamski sposób.
-Posłuchasz mnie kiedyś?- mimowolnie podniosła głos. Nerwowa atmosfera udzielała się coraz bardziej.
-Mów w takim razie.- rozsiadł się na stołku barowym i oczekiwał tego co ma mu do powiedzenia. 
Zaczęła od czegoś, o czym nie znosiła opowiadać, ale w tej sytuacji nie było innego wyjścia. Stopniowo jego gniew przemijał, a zastępowało go zrozumienie. Historia nie dobiegła jeszcze do punktu kulminującego, a księżyc znajdował się wysoko na niebie. Zapowiadała się długa noc. Śmieszne, ale po raz pierwszy od dawna zarwał nockę nie przez zaspakajanie jednej z podstawowych potrzeb, a przez rozmowę. 

poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 6- „People talking without speaking, people hearing without listening, people writing songs that voices never share and no one dared disturb the sound of silence.”*

*Simon and Garfunkel- Sound of Silence 
Rozdział dedykuję moim dwóm dziewuszkom, kochanej Wiki i Igusi. 
Zapraszam, mam nadzieję, że się spodoba i zostawicie po sobie jakiś ślad w komentarzach. 
****

-Tomo? Jared?- zawołał cicho i zadowolony nie doczekał się odpowiedzi. Na szczęście oboje byli pogrążeni we
 śnie, więc ze spokojem przeszedł przez korytarz na piętrze i zaczął schodzić na dół. Musiał uważać, bo w pokoju gościnnym znajdował się Chorwat, który kładł się w takim stanie, że z pewnością nie chciałby być obudzony przez kroki perkusisty. Ostro zabalował, pewnie dlatego, że żona nagle wyjechała do matki, zostawiając go spuszczonego ze smyczy. Nie mieli dzieci, jedynym zobowiązaniem były psy znajdujące się właśnie u rodzicielki jego małżonki. Miał pełne prawo odpłynąć w krainę piwem i wódką płynącą.
Shannon zaśmiał się ze swojego własnego tekstu i po chwili zorientował się jak bardzo to musi strasznie wyglądać.
-Śmiejesz się do siebie jak stary zbok.- rzucił cicho i czym prędzej wyszedł z domu.
Nie miał zielonego pojęcia dlaczego robił to co teraz. Dlaczego się z nią umówił? Miał poczucie winy, dobrze o tym wiedział. Tylko dlaczego do cholery tak bardzo chciał tego spotkania? Gdyby to była pierwsza, lepsza dziewczyna to nawet by sobie nie zaprzątał tym głowy.
Właśnie... Ona nie była jedną z tych przypadkowych przygód na jedną noc, o których zapominał tuż po wstaniu z łóżka. Miała w sobie tą tajemnicę, której poszukiwał w każdej nowo poznanej dziewczynie. Pech chciał, że nie tak szybko dowie się o jaką chodzi...
****
Siedziała przy stole w kuchni i powoli popijała znajdujący się przed nią napój. Nie miała ochoty na nic innego niż szklankę wody. Trzęsła się delikatnie ze stresu, co można było zauważyć po drżeniu rąk, które próbowała na siłę powstrzymać. Niestety, po tym co przeczytała z samego rana nie mogła znaleźć dla siebie żadnego miejsca, w którym mogłaby pomyśleć co zrobić. Miała ochotę powiedzieć Effy co i jak, ale sama nie wiedziała czy to się działo naprawdę. Zresztą, i tak by jej nie uwierzyła.
Podeszła do okna, za którym strugi deszczu zmywały cały brud i kurz z ulic Miasta Aniołów. Jeśli chciałaby się wybrać na to spotkanie to powinna wyjść za godzinę, inaczej nie miałaby szans zdążyć.
-A jeśli to głupi żart?- zapytała samej siebie.- Jak nie wyjdzie to znowu będziesz ryczeć jak jakaś beksa.- skwitowała.- Weź się w garść i chociaż tam pójdź. Nie musisz wchodzić...
Po raz kolejny w swoim życiu czuła, że tchórzy, ale ból jaki sprawiał jej sam fakt obcowania z jakimkolwiek mężczyzną przerastał ją i nie pozwalał usunąć się z jej świadomości.
-Kurwa... Nie mam innej opcji.- mruknęła i wyszła do pokoju, aby się choć trochę przygotować.
Piętnaście minut później stała za drzwiami do swojego domu i oddychała niespokojnie. Na pytanie Effy o to gdzie idzie odpowiedziała jej tylko, że musi coś załatwić do pracy.
****
-Hej.- zagaił ostrożnie dziewczynę, która właśnie weszła do kawiarni. Miał nadzieję, że go poznała mimo ciemnych okularów oraz kapelusza zasłaniającego świeżo umyte włosy. Czuł się niepewnie, co ostatnio było dla niego dość odległym uczuciem. Zawsze idealny, wyrafinowany i świadomy co się dookoła niego dzieje teraz wiedział, że ona ma nad nim przewagę. Nie ważne, że brzmiało to wprost komicznie, Shannon miał wrażenie, że to nie jest „jego” dzień.
-Hej.- odpowiedziała bardzo cicho, spokojnie. Wydawało się, że ma całkiem obojętne spojrzenie na tą sprawę, ale wystarczyło spojrzeć w jej oczy, które zdradzały emocje targające nią w tamtej chwili. A było ich wiele. Postanowiła przejść od razu do sedna spotkania, więc nawet nie zdjęła płaszcza i usiadła naprzeciwko mężczyzny.- Nie chcę zajmować Twojego cennego czasu, więc zapytam wprost. Czemu się do mnie odezwałeś?
-Ja...- westchnął, nie wiedząc jakich słów ma użyć.- Nie żałuję, co już wiesz, ale chciałbym... Spróbować czegoś więcej.
-Shannon, to był jeden, dość przypadkowy pocałunek, więc nie licz na deklaracje miłości z mojej strony.
-Nie o to mi chodzi.- powiedział tonem bardziej stanowczym niż zamierzał.- Może zwyczajnie zaczniemy gdzieś razem wychodzić. Jak przyjaciele, na przykład.
-Musiałabym... A pieprzyć to.- powiedziała sama do siebie. Zwróciła się w stronę perkusisty i pokiwała delikatnie głową.- Bardzo chętnie.- uśmiechnęła się nieśmiało.
Reakcja mężczyzny okazała się być bardzo emocjonalna. Wstał szybko i podszedł do dziewczyny, aby objąć ją swoimi szerokimi ramionami. Zaskoczona Leah nie miała pojęcia jak zareagować na tak żywą reakcje jej nowego „przyjaciela”. Oboje dobrze wiedzieli, że za tym słowem kryje się coś większego i jakoś im to nie przeszkadzało, ciekawe dlaczego...
-Ja...
-Nie przepraszaj, tak robią przyjaciele, nieprawdaż?- zapytała go.
-No to w ramach zawarcia nowej przyjaźni zapraszam ciebie i Effy do nas na wieczór. Będzie tylko Jared, Tomo i ja, więc zrobi się taka mała przyjacielska impreza.
-Bardzo chętnie.- odrzekła i wróciła do sączenia kawy, chyba dziesiątej tamtego dnia.

****
-Że co? Zaprosił cię na co?- Effy zdawała się nie wierzyć przyjaciółce, no cóż... Któż by się jej w tym dziwił.
-Na imprezę.- przewróciła oczami.- Zresztą nie mnie, tylko nas.
-No ja nie idę.
-A to niby czemu?
-Nie i tyle.- nie mogła przecież podać prawdziwego powodu swojej niechęci do przyjścia na imprezę z TYM człowiekiem, który grzeszył perfekcją w każdym calu swojego ciała. 
-Masz czas do osiemnastej.- mruknęła Leah i zamknęła się w swoim pokoju, aby przygotować się do spotkania.
Stresowała się bardziej niż przed najcięższymi egzaminami w jej życiu. Jej głównym problemem był jak zawsze strój. Shannon nie raczył jej powiadomić, czy w jego mniemaniu „przyjacielska impreza” polega na ciągłym chlaniu, czy może siedzeniu przy stole pod krawatem. Zrozpaczona, postanowiła wziąć prysznic i ułożyć włosy. Tak, to zawsze poprawiało jej nastrój.
Po paru godzinach zdecydowała się na zwykłe, czarne spodnie i bluzkę w tym samym kolorze. Fryzura nie należała do tych najbardziej skomplikowanych w przygotowaniu, ale sprawiała, że Leah czuła się swobodnie mimo nerwów związanych z wyjściem.
-To co? Idziesz?- zwróciła się do Effy, która aktualnie kończyła wiązać martensy.
-Jak muszę...- uśmiechnęła się.
-To chodź, spóźnimy się.
-Lee, ja się tyle na nich naczekałam na tych wszystkich koncertach, że teraz mam prawo spóźnić się chociaż piętnaście minut.
-Z tobą to jak z dzieckiem.- zaśmiała się młodsza z nich i rozsiadła się wygodnie na kanapie.
****
Całe popołudnie spędził na namawianiu jedynego kucharza w zespole, aby wreszcie ruszył się z łóżka i pomógł mu w przygotowaniach do imprezy. Oczywiście, sam potrafił to i owo, ale mimo wszystko potrzebował pomocy, a brat nie kwapił się do pracy przy garach po rozmaitych przygodach z naleśnikami.
Wreszcie, zrezygnowany gitarzysta musiał ustąpić i powlókł się w stronę kuchni, aby chociaż pomachać łyżką na pokaz. Wszedł do pomieszczenia i od razu uderzył go zapach miętowych ciasteczek, które tak uwielbiał i niewiele myśląc zjadł je jedno po drugim.
-Tomo! Co ty robisz z moimi ukochanymi?- niestety, drugi weganin w tym domu musiał wejść tam akurat w chwili, w której ostatnie znikało w ustach mężczyzny.
-Zostawiłeś je, szukały nowego tatusia.
-Shannon upiekł je specjalnie dla mnie, żebym się nie wtrącał do listy gości, a ty je perfidnie pożerasz. Widziałem tą premedytacje w twoim wzroku, nie oszukasz mnie.
-Można was na chwilę zostawić samych bez perspektywy trzeciej wojny światowej?- na szczęście perkusista wiedział kiedy wejść do kuchni z zakupami.
-Ale... - zaczął rozbawiony całą tą sytuacją Jared.
-Cicho młody, bo cię posadzę na karnego jeżyka, a tego chyba nie chcesz.
-Coś ty, jego seksowny tyłeczek nie może być podrapany. Co powiedzą na to fanki?- roześmiany Tomo jak zwykle wtrącił swoje trzy grosze.
-O, widzę, żeś się rozbudził. Pomóż mi z tym kurczakiem.
-Wiesz, że nie jem mięsa...
-Ale ja jem i nasi gości też, więc się postaraj Tomisilver.- wiedział jak zdenerwować Chorwata. Zawsze używał do tego celu ksywki, którą główny zainteresowany zwykł nadawać postaciom w grach na konsolę.
-Zginiesz karle, oj zginiesz.- Tomo zaczął mu grozić, ale grzecznie wziął się do przyprawiania mięsa.
-To kto przyjdzie?- Jared, który jako jedyny nie miał roboty w tej części przygotowań usiadł przy barku i tęsknie patrzył na blachę po ciasteczkach.
-Tylko parę osób. - Shannon nie kwapił się do tłumaczenia bratu kogo zaprosił.
-Jakich?
-Słuchaj, różnych, młody. Moja nowa znajoma z koleżanką.
-To my na twoje schadzki mamy gotować?- Tomo wydawał się być jak najbardziej oburzony.- Wszczynam bunt i nie będę nic robił, dopóki nie zdradzisz nam imion, kapiszi?
-Leah i Effy.- mruknął zrezygnowany.
Reakcja jego brata była najlepszym co widział do tej pory w swoim życiu, a przeszedł wiele. Biedaczek opluł się mlekiem migdałowym i pobiegł na górze krzycząc, że musi się przygotować psychicznie. Cokolwiek to miało oznaczać.
Na szczęście, nie zadawał mu pytań, na które tak bardzo nie chciał odpowiadać. Zapomniał, że gitarzysta też potrafi być upierdliwy.
-Jak nie ma głównej plotkary to możesz mi powiedzieć dlaczego.
-Ehh...- westchnął i następnie opowiedział mu całe zajście w garderobie.
Przez cały czas Tomo słuchał z otwartymi ustami. Jak Shannon skończył opowiadać o tym co stało się dzisiaj, to musiał czekać dłuższą chwilę na to co gitarzysta o tym wszystkim myśli.
-Kurde... Zaszalałeś stary, nie ma co. Nie wiem co mam ci powiedzieć, może to jest „ta jedyna”?
-Sam nie wiem, a co jeśli ona nie chce tego co ja? Może rzeczywiście ma ochotę na relacje przyjaciel- przyjaciółka?
-Dzisiaj się przekonasz.- jednym zdaniem Tomo zakończył całą dyskusję, bo do kuchni wszedł Jared.
To, że był odpicowany to widzieli obydwoje, ale to i tak nie było wystarczające określenie na to jak się prezentował. Miał na sobie swoje „najlepsze spodnie”, czyli proste czarne dżinsy (bez żadnych dziur! Fakt ten wymaga wyjątkowego podkreślenia.) Oraz szary t-shirt, który wiele dziewczyn uważa za ten najbardziej seksowny. Chociaż nie to zrobiło największe wrażenie na chłopakach. On zgolił brodę. Tak, swoją ukochaną, która dotrzymywała mu towarzystwa od wielu miesięcy.
-Czy moje oczy dobrze widzą? Święty zarost został spłukany do umywalki?- rozbawiony Shannon nie potrafił się powstrzymać od złośliwego komentarza.
-Zamilcz człowieku. Twoje słowa są dla mnie jak brzęczenie muchy.- urażony wokalista wziął swoją szklankę wraz z kartonem mleka i opuścił kuchnię tak szybko jak się w niej pojawił.
****
-Daj mi szybko te szpilki, zmieniam zdanie.- rozstrojona Effy właśnie krzyczała na przyjaciółkę jak siedziały w samochodzie pod domem muzyków.
-Nie mam.
-Jezu, wiem gdzie je trzymasz, nie ukryjesz ich przede mną.- wychyliła się na tylne siedzenie i porwała znajdujące się pod nim buty trzymane tam na „specjalną okazję”.
-Kradziej.- rzuciła Leah i po raz ostatni przejrzała się w lusterku.- Idziemy?
-Idziemy.
Wyszły z auta i skierowały się do drzwi pozornie zwyczajnego budynku. Nawet nie musiały pukać, bo drzwi zostały natychmiastowo otworzone przez Jareda.
-Hej.- powiedziała nieśmiało Leah, bo Effy tak jakby odebrało mowę. To samo można było powiedzieć o muzyku.

- Rozgość się, Shannon już czeka.- zwrócił się do tej bardziej rozgadanej.- Eff, chcesz, żebym cię oprowadził?

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 5- „People fall in love in mysterious ways, maybe just a touch of a hand”*

*Ed Sheeran- Thinking out Loud.

Rozdział dedykuję Wiki i Idze. Bo was kocham.


Na razie nie będę dodawać tak często rozdziałów na tym blogu, ale zdradzę, że możecie się szykować coś nowego na Modern Myth
Zapraszam do opinii i komentowania. 


****

Czasami pragniemy, aby jakieś chwile trwały wiecznie. Ba, co ja mówię. Zdarza nam się to prawie codziennie. Nie ważne co w tamtym czasie robimy, czy to jest pocałunek, uczucie bezpieczeństwa i miłości czy zwyczajne śniadanie przy rodzinnym stole. Jedyną rzeczą, która powinna zawracać naszą głowę w takim momencie to ta wszechogarniająca błogość, przyjemność.
Zastanawiacie się pewnie co działo się w głowie tej dwójki. Wyobrażacie sobie jakieś podniosłe myśli, spostrzeżenia. Nic bardziej mylnego. Zawładnęła nimi chęć spróbowania czegoś nowego, innego. Nie myśleli o konsekwencjach, późniejszych problemach. Żyli chwilą, jak to często radzą nam w piosenkach popowe gwiazdki. Nie wiedzieli co nastąpi jutro, nawet za godzinę.
****
Chcąc, nie chcąc oderwał się od niej tym samym uświadamiając sobie co się właśnie stało. I to z jego winy, sam zaczął. Przeraził się lekko, bo wiedział jak może to wpłynąć na jego i tak nie najlepszy wizerunek. Jak ona coś komuś powie, albo co gorsza pomyśli, że to coś większego to nie będzie mógł wyjść z domu bez tony paparazzi czekających za krzakami, o które tak pieczołowicie dbała jego mama.
Spojrzał w jej ciemne oczy, dużo ciemniejsze od jego własnych i zaczęły nim targać mieszane uczucia. Żałował i to cholernie mocno, ale z drugiej strony wiedział, że wreszcie robi to co powinien. Nie idzie za głosem brata, nie przejmuje się opinią każdego dookoła niego. Słucha swojego serca, które właśnie teraz podpowiada mu, że to wcale nie był błąd.
Stali tak już jaki czas. Jedno mierzyło wzrokiem drugie i nikt nie odważył się odezwać. Studiowali swoje twarze, obie pełne niepokoju, wyczekiwania. Każde oczekiwało, że druga osoba odezwie się pierwsza, powie na głos to co siedzi w ich głowach. Padło na niego.
-Leah...- zaczął zachrypniętym głosem i utknął. Nie wiedział co powiedzieć dalej. Gdzie twoja charyzma Leto? Gdzie ta firmowa już pewność siebie?
-Wiem co chcesz powiedzieć.- powiedziała zdecydowanym głosem.-Zapominamy o tym?
-Ale...
-Przestań. Oboje jesteśmy dorośli.- z miłej i nieśmiałej dziewczyny zmieniła się w taką, której nie obchodzi nic związanego z mężczyznami.- Dzięki za wspaniały dzień, za spełnienie moich głupich marzeń.- rzuciła szybko i wyszła z garderoby w zastraszającym tempie.
Shannon stał oniemiały, nie wiedział co powiedzieć. Zazwyczaj to on wypowiadał krzywdzące słowa, a teraz po praz pierwszy od dawna został odrzucony jak jakiś śmieć. Oczywiście, sam chciał powiedzieć to samo, ale poczuł się prawie tak samo jakby coś do niej czuł. Z wściekłości kopnął w kanapę tak, że po chwili leżała przewrócona obok jego nóg. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić.
****
-A już myślałam, że zamarznę przy tym aucie. Co ty tam tak długo robiłaś?- zapytała zdenerwowana Effy.
-Nie mogłam znaleźć garderoby.- rzuciła szybko i czym prędzej otworzyła auto byleby tylko nie musieć spojrzeć przyjaciółce w oczy. Wtedy by od razu się zorientowała, że coś jest nie tak, że coś złego się stało. Najpierw musiała ułożyć sobie wszystko w głowie, a dopiero potem mogła myśleć o zwierzaniu się z tych wydarzeń.
-To nawet lepiej, bo nie zgadniesz kto przyszedł tu do mnie z gorącą czekoladą, abym nie zamarzła. Sam Jared Leto.
-Naprawdę? Bredzisz.
-Chciałabyś. Jak zwykle po koncercie wyszedł się przejść, bo go roznosiła energia i przy okazji trafił na mnie i od słowa, do słowa... Dałam mu swój numer!
-Co?- Leah stanęła gwałtownie na środku drogi. Na szczęście ulice były już puste. Echelon opuścił miasto z prędkością światła.
-To. Niby w celach koncertowych, wiesz jakby mieli nowe konkursy i tak dalej. Ale ja w to nie wierzę.- westchnęła rozmarzona.- Mówię ci, to jest początek pięknego związku. Jeszcze zobaczysz.- powiedziała i przekręciła gałkę radia tak, że cały samochód zabrzmiał piękną, spokojną muzyką.
-Ehh...- Leah jak zwykle przy tej piosence przypomniała sobie sceny z przeszłości, o których z wielką chęcią wolałaby zapomnieć. Wydarzenie z dzisiaj dołączyło do tego niemałego zbioru. Czekała tylko jak wrócą i na chwilę zostanie sama, aby pozbierać myśli. Tego właśnie potrzebowała.
Spojrzała w bok na siedzenie pasażera, na którym Effy odprawiała dzikie tańce radości połączone ze sprawdzaniem „godziny”. Obie dobrze wiedziały, że wyczekuje wiadomości od jej Leto. Uśmiechnęła się w duchu do siebie i wróciła do patrzenia na drogę. Przynajmniej jedna z nich była szczęśliwa bliskim kontaktem z jednym z braci. Dla niej, szczęście Effy było najważniejsze.
****
-Nie mogę w to uwierzyć...- mamrotała do siebie podczas mycia zębów, co spowodowało, że całkiem nowa koszulka z ulubionym zespołem była cała w paście do zębów. Mimo to, kontynuowała swoje przemyślenia.- Mnie? Zwykłej dziewczynie... Może mnie z kimś pomylił?- wypluła resztkę pasty z ust i przepłukała twarz.
Podniosła głowę i w lustrze ujrzała szczęśliwą, młodą osobę. Uśmiech nie schodził jej z twarzy odkąd artysta oddalił się od auta. To było najlepsze pięć minut jej życia. Nie żeby liczyła w głowie każdą sekundę spędzoną koło jego boku, to nie było w jej stylu. Przynajmniej to sobie wmawiała. Poprzeglądała się jeszcze chwile i zapewne robiłaby to dalej, ale tą jakże zajmującą czynność przerwał jej telefon, który wesoło zabrzęczał na umywalce.
Mam nadzieję, że podobał Ci się dzień spędzony ze mną. J.

Trzy... Dwa... Jeden...
-O mój Boże napisał do mnie!- wydarła się na cały dom i odtańczyła coś, co na pierwszy rzut oka przypominało przesuwanie posągu, ale było to pełnoprawnym tańcem radości. Wybiegła z łazienki potykając się o własne nogi, które teraz zdawały się być zdecydowanie za długie.- TEN JARED LETO NAPISAŁ DO MNIE? ROZUMIESZ TO?
-Co? Pokaż, bo nie wierzę.-zaciekawiona przyjaciółka próbowała zajrzeć jej do telefonu.
-Nie, to sprawa moja i Jareda.- oburzyła się Effy i wróciła do łazienki, z której po chwili zaczął dochodzić szum wody i jej śpiew. Oczywiście wybrała utwór Thirty Seconds to Mars.

Leah śmiała się wcale tego nie ukrywając. Bawiła ją buńczuczność przyjaciółki ale z drugiej strony wiedziała, co musi przechodzić. Spełniało się jej najskrytsze marzenie, o którym wstydziła się mówić na głos. Jej zachowanie było całkowicie zrozumiałe. Sama przeżyła dzisiaj coś, co nie zdarza się człowiekowi codziennie.
Do tej pory nie miała ani chwili, aby się nad tym dłużej zastanowić. Teraz mogła sobie na to pozwolić. Krzyknęła tylko w stronę łazienki, że idzie spać, bo jest wyczerpana i po chwili siedziała w ciemności na łóżku, które wydawało się być o wiele za duże dla jednej osoby, do tego tak drobnej jak ona.
Chciała tylko zebrać myśli, ustalić oficjalną wersję wydarzeń i zapomnieć. Tak, nie chciała pamiętać o czymś, co sprawiło, że znowu zamieniła się w zagubioną dziewczynkę przerażoną ogromem własnych uczuć i zachowań. Wciąż i wciąż odtwarzała sobie w głowie dzisiejszy dzień. Szczególnie ostatnie wydarzenia, które miały tak duży wpływ na jej psychikę.
Przecież to był zwykły pocałunek- powiecie. Ale proszę, postawcie się na miejscu kobiety, dla której mężczyzna jest porównywalny do najbardziej śmiertelnej trucizny świata. Oczywiście, nie podchodzi od każdego z nienawiścią w oczach, ale się boi. Odrzucenia, pozostawienia oraz wykorzystania. Przed oczami ma zawiedzione spojrzenie Shannona, które rzucił jej kiedy opuszczała garderobę. Wiedziała, że dla niego nie była to tylko głupia zabawa, czuła to w atmosferze powstałej po ich pocałunku, który swoją drogą był idealny. Ich usta zgrały się jakby były stworzone dla siebie od początku. Nie potrzebowali zbędnych słów, obietnic. To było tak spontaniczne, a zarazem piękne, że łzy w jej oczach nie były spowodowane tylko wielkim żalem do samej siebie tylko też zawodem, że nigdy więcej się to nie powtórzy.
Nie chciała płakać, tak bardzo nie chciała. Niestety zazwyczaj jej chęci i starania sprowadzały się tylko do cichych obietnic danych samej sobie, a wszystko inne diabli brali. Otarła łzy kapiące na jej koszulkę i położyła się tak, że mogła obserwować niebo pełne gwiazd.
Każda z nich była wyjątkowa, kształtem czy rozmiarem. Kiedyś, bardzo dawno temu wierzyła, że jedna jest przypisana dla niej. Wybrała tą najmniejszą, ale najbardziej błyszczącą. Taka się właśnie czuła- pozornie niedoceniana, skromna, ale w środku pełna blasku. Niedługo po tych obserwacjach uderzyła ją szara rzeczywistość i przestała wierzyć w cokolwiek. Tym bardziej w miłość, która dzisiaj zdawała się zaatakować ją podwojoną siłą.
W głębi duszy zastanawiała się co siedziało w głowie Shannona podczas pocałunku. Może żałował? Na pewno. Z taką myślą, która utkwiła jej do końca nocy spróbowała zasnąć i o dziwo się jej udało.
****
Jej sen był niespokojny, ale mocny. Na tyle, aby nie usłyszała dźwięku przychodzącego esemesa, który zazwyczaj automatycznie ją budził.

Nie żałuję. Spotkajmy się jutro w kawiarni naprzeciwko hali./ Ten co nic nie mówi.


czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 4- „So you can keep me inside the pocket of your ripped jeans”*

*Ed Sheeran- Photograph

Trochę zmieniłam styl pisania rozdziału, jak Wam się podoba? Piszcie, zapraszam do komentowania. 
****
Miłość czasami boli bardziej niż największy, najmocniejszy cios w twarz. To nie jest tak, że od razu to poczujesz. Wszystko przyjdzie z czasem, serce, które będzie rozrywane na najdrobniejsze kawałki w pewnym momencie kompletnie się rozpadnie i pozostanie po nim tylko czarna, ziejąca dziura. Zabawne jak wiele osób myśli, że to właśnie oni cierpieli najbardziej, że to im się oberwało najmocniej. Nie. Nikt nie czuje tego samego co matka tracąca dziecko, kobieta uprawiająca miłość, aby utrzymać się i swoją rodzinę. Nikt nie potrafi zrozumieć bólu drugiej osoby dopóki sam go nie poczuje na własnym ciele. Dopóki sam nie złamie się tak bardzo, że nie będzie czego zbierać. Wtedy osiągamy dno.
Brak nadziei, zaufania do kogokolwiek oraz miłości. Mimo, że boli, że trzeba się po niej dłużej zbierać niż po chorobie. Ona jest najważniejsza, to ona dyktuje naszym życiem. Najgorsze jest to, że trudno zaprzeczyć temu dość prostemu stwierdzeniu. Przecież to pod jej wpływem robimy rzeczy, o których nie chcemy pamiętać, których się wstydzimy. To nie alkohol zmusza nas do tego tylko ta zaślepiająca siła kryjąca się w każdym z nas, czekająca aż pojawi się „ta” osoba i ją uwolni.
Co się dzieje z człowiekiem, który zostaje pozbawiony możliwości kochania? Wielu by powiedziało, że umiera, bo czym jest życie bez miłości. Niestety, pozostaje przy życiu. Cień człowieka. Słyszeliście kiedyś to określenie? Nazywam tak ludzi, którzy z braku najważniejszego czynnika życiowego przestają istnieć. Dryfują w czasoprzestrzeni nazywanej życiem. Nic ich nie rusza, nie podnieca ani nie obchodzi.
Myślę, że przychodzi taki moment kiedy nie widzisz sensu w dalszej wędrówce. Stajesz się zwyczajnym przeżuwaczem i zaczynasz mieć w nosie to co dzieje się dookoła. Skupiasz swoje myśli na tej jednej porażce, która zazwyczaj nawet nią nie jest. Doskwiera ci samotność, cholernie dotkliwa i nie potrafisz sobie z nią poradzić. Wtedy też osiągasz dno. Z własnej winy.
Czy ona straciła nadzieję? Zapewne tak. Nie można się dziwić. Czy z nim stało się to samo? Nigdy.
****
-Tu jest niebezpiecznie, wiesz o tym?- wydukała z siebie z dość dużym trudem. Cholernie bała się wysokości, a oto siedziała z samym Shannonem Leto na dachu sali koncertowej.
-Powinienem ci pokazać jakieś bębny, cokolwiek związanego z muzyką.- zignorował jej cichą uwagę, albo po prostu jej nie dosłyszał.- Jestem strasznym przewodnikiem, wiem.- zaśmiał się z samego siebie.- Zawsze przychodzę w takie miejsca przed koncertem, aby odreagować i te sprawy.
-To ja się wcinam w twój plan, więc rób to co masz w zwyczaju.- odrobinę się rozluźniła. Pewnie to przez samą świadomość, że siedzi obok mężczyzny, do którego wzdycha co noc. W takiej sytuacji nie powinna się rozluźniać, być spokojna. O dziwo, pomogło to jej się oswoić.- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko nie dzieje się w mojej głowie. Może brzmi to jak wyznania jakiejś psychopatki ale tak jest. Mimo, że nie wyglądam i nie daję tego po sobie poznać to w środku trzęsę się jak osika. A... I jeszcze nie wierzę, że ci to mówię.
-Wiesz co? Sam stresowałem się tak, może nawet bardziej niż ty.- uśmiechnął się pokrzepiająco.- Wbrew tego co mówią to wciąż jesteśmy ludźmi.
-Naprawdę? Myślałam, że nie jecie, nie sypiacie tylko co noc podłączacie się do kontaktu, aby naładować baterie.
-Jezu, co się dzieje w twojej głowie.- zaśmiał się na cały głos. Coraz bardziej zaczynał ją lubić. Najpierw udawał. Musiał to przyznać. Chciał być miły, bo to było spełnienie marzeń tych dziewczyn, ale coraz bardziej podobał mu się kontakt z osobą, która wie o nim więcej niż on sam, co zazwyczaj go odrzucało. Nie podniecały go fanki, członkowie Echelonu. Miał swoje zasady, każdy z nich je miał. Obiecali sobie, że bez względu na wszystko nie umówią się, ani się nie zakochają w osobie takiej jak ona.- I będziesz się tego trzymał Leto.- dodał w myślach i uśmiechnął się do niej siląc się na spokój.
-To żeby nie było, że ten dzień spędzę na obgadywaniu z tobą reszty zespołu możesz mnie oprowadzić po backstage'u?- zapytała nieśmiało.
-Pewnie, widzę jak trzęsiesz się ze strachu na tym dachu.- rzucił krótko i po chwili stał obok zejścia do budynku.- Panie przodem.
****
Pytałeś kiedyś siebie jak to jest skonstruowane, że w jednej chwili cały Twój świat potrafi stanąć na głowie, a co gorsza złamać się i rozbić na malutkie kawałeczki? Nie? To opowiem Ci jak to jest.
Wyobraź sobie szklaną kulę, taką jak te, które Twoja mama stawiała na kominku jak byłeś mały. Tyle, że w środku nie ma uśmiechniętego mikołaja ze stadkiem reniferów, jesteś tam Ty. Najpierw szczęśliwy, zadowolony. Powoli układasz sobie życie, w maleńkiej kuli pojawiają się coraz to nowe osoby, śmiejecie się wspólnie przy kolejnej butelce wina. Wtedy przychodzi upadek. Ktoś zabiera wszystkich od Ciebie, zostajesz całkowicie sam i ten sam „ktoś” bierze w swoje ręce kulę wraz z Tobą i upuszcza na zimną posadzkę. Bez ostrzeżenia, bez przeprosin. Upadasz i nie masz nawet jak się podnieść, bo wszyscy, którym ufałeś uciekli. Zniknęli i zostawili Cię samego, porzuconego.
Może przesadzam, koloryzuję ze względu na potrzeby tego opowiadania. Chcę tylko uzmysłowić jak ciężko ma osoba, która w jednym życiu została pozbawiona swojej kuli tyle razy, że nie było co zbierać. Właśnie ona stała przed marzeniem, przed kimś/czymś co mogłoby ją uratować od ciągłego spadania w dół otchłani zwanej depresją.
Obiecała sobie, że nie będzie płakać już nigdy. Przynajmniej nie ze smutku. To samo powiedziała sobie w sprawie żyletek. Nigdy, przenigdy więcej nie spędzi nocy siedząc w łóżku z jedną z nich w ręku i milionem łez na policzku. Tak bardzo starała się dotrzymać słowa danego sobie na jednym z koncertów. Brzmi to komicznie, wiem, ale właśnie podczas trwania najlepszej nocy jej życia przysięgła, że nigdy więcej nie skrzywdzi siebie bez względu na sytuację. Że już nie zapłacze z bezsilności jak to miała w zwyczaju. Na razie się jej udawało...
****
Czas leciał szybciej niż zazwyczaj. Cisza nie była taka dołująca jak ta w jej pokoju. Ta była... Spokojniejsza? Oznaczała szczęście, radość i podekscytowanie. Wszystko naraz, a zarazem tak niewiele. Była zwyczajnie inna, piękniejsza.
-...No to chyba tyle o najbliższych planach. Masz jakieś pytania?- skończył mówić i mógł przysiąść, że szło mu to o wiele lepiej niż się spodziewał. Dziewczyna nie była wścibska, szanowała jego zdanie i prywatność członków zespołu. Idealny Echelon. Gdyby tylko wiedział co działo się w jej głowie, to diametralnie zmieniłby zdanie.
-Tak, jest ich tyle, że sama nie wiem od czego zacząć.- zaśmiała się cicho.- Wiem, że nie masz dla mnie dużo czasu i tak czuję się ogromnie wyróżniona tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało.- taa... Tak jej wypowiedź brzmiała w jej głowie. Niestety, nie wszystko jest takie jak nam się wydaję i Jared nie usłyszał tego wywodu w takiej formie, jaka być powinna. Brzmiało to jakoś tak.- Ja.... Może... Nie wiem... Jezu.
-Spokojnie, nie gryzę, tylko tak wyglądam.- uśmiechnął się pokrzepiająco. Dobrze wiedział jak działa na kobiet i musiał przyznać, że czasami to perfidnie wykorzystywał. Lubił to uczucie, kiedy mógł nad kimś wystarczająco zapanować, aby on mu uległ. Z jednej strony go to przerażało, bał się samego siebie, ale nie chciał tego przed nikim przyznać, a z drugiej był tym faktem bardzo podniecony. Popadał ze skrajności w skrajność. Tak już miał w zwyczaju.- Moja propozycja jest taka, jak oczywiście chcesz zrobimy sobie zdjęcie, a potem pójdziemy na soundcheck i odwiedzimy resztę, co ty na to?
-Bardzo chętnie.- tym razem udało jej się streścić w jednym, krótkim zdaniu. Była z siebie dumna.
****
Sama próba dźwięku była magiczna. Chłopcy dali z siebie wszystko. Kontakt z publicznością mieli tak wspaniały, że dziewczyny, które stały z boku sceny miały wrażenie, że to tylko spotkanie dużej grupy znajomych połączone z muzyką na żywo. Zagrali wiele piosenek z pierwszej jak i drugiej płyty, co było u nich bardzo dużą rzadkością. Ze sceny zeszli uśmiechnięci i spoceni.
Potem przyszła kolej na meet and greet, który szczerze mówiąc należał do tych najdłuższych. Same pytania i odpowiedzi trwały ponad godzinę, albo i dłużej. Dopilnowali, aby każdy miał szansę zadać swoje pytanie. Przy podpisywaniu nawet przymknęli oko, kiedy dziewczyna podeszła z aż trzema rzeczami i z uśmiechem złożyli autograf na każdej z nich. Nie czuło się pośpiechu, presji czasu oraz niechęci ze strony artystów. Było tak, jak być powinno zawsze.
Jednak największe zaskoczenie spotkało ludzi podczas robienia wspólnych zdjęć. Zazwyczaj wszystko szło jak na taśmociągu w fabryce gumy do żucia. Tym razem mężczyźni przytulili każdą osobę po informacji od fotografa, że już po wszystkim.
Było po nich widać, że promienieją szczęściem. Szczególnie bracia Leto, co Tomo od razu zauważył. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby ich o to wypytać. Tak, to był świetny pomysł.
****
-Mam nadzieję, że zobaczymy się na następnym koncercie. Macie numer do Reni jakbyście miały problem z wejściem na backstage. Świetnie spędziliśmy z wami czas.- powiedział Jared i po zrobieniu kolejnego, tym razem grupowego zdjęcia każdy z nich rozszedł się w swoją stronę.
-Idziemy?- zagaiła Effy.
-A musimy? Patrz jak tu jest wspaniale...-rozmarzyła się przyjaciółka.- Uwierzysz, że właśnie przed chwilą dotykałam samego Shannona Leto?
--Jak przypuszczam fangril mode został włączony?- zaśmiała się poczciwie z podekscytowanej Lei. W głębi duszy sama była tak szczęśliwa z tego samego faktu, ale chciała zachować wszelkie histerie na wieczór jak już wrócą do domu.
-Phi... Kochana, ja go nigdy nie wyłączam.- odpowiedziała z takim samym uśmiechem na twarzy jak u Effy.- Czekaj...- obróciła się wokół własnej osi szukając torebki z kluczami do domu oraz telefonem.- Musiałam to zostawić w garderobie Shanna, zanim poszliśmy na soundcheck.- wolała przemilczeć epizod na dachu, może kiedyś zdradzi go przyjaciółce.- Idź do auta, ja się wrócę do Reni i wezmę rzeczy, okej?
-Tylko mi go tam nie rozbierz. Podobno po koncertach są bardzo... Pobudzeni.- Effy dusiła się ze śmiechu.
-Zamknij się gnomie, bo to się dobrze nie skończy.
-Odezwał się gówniarz, dobra, leć podziwiać spoconego Leto.- rzuciła i już kierowała się w stronę wyjścia dla personelu.
Za to podenerwowana Leah ruszyła w zupełnie inną stronę. Wiedziała, że najpierw powinna zapytać menadżerki, albo chociaż kogoś z Mars Crew o zgodę ale jej intuicja podpowiadała, że to nie będzie potrzebne.
Po chwilowym zgubieniu się w odmętach licznych korytarzy, stała pod drzwiami do tej, a nie innej garderoby, w której spełniła swoje największe marzenie. Zapukała cicho, ale nikt nie odpowiedział. Ponowiła czynność i zza kawałka drewna usłyszała lekko zachrypnięty głos perkusisty.
-Jezu Jared już idę! Myłem się w przeciwieństwie do ciebie.- krzyczał kierując się w stronę chwilowego obiektu jego złości. Otworzył je i nie mógł uwierzyć temu co widzi. Zawstydzony spuścił głowę i czekał na tłumaczenia dziewczyny. Stał przed nią w samym ręczniku, co nie było dla niego komfortową sytuacją.
-Przepraszam, naprawdę nie chciałam przeszkadzać, ale zostawiłam u ciebie torebkę, a mam w niej ważne rzeczy, mogę ją wziąć?- wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
-Pewnie, wejdź.- powiedział szybko i przepuścił ją do środka. Musiał przyznać, że taka zawstydzona i skrępowana wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż zazwyczaj. Ledwo się powstrzymywał, aby nie zrobić tego, co było mu tak bardzo potrzebne w tamtej chwili.
****
Znasz to uczucie, kiedy czas dookoła Ciebie staje w miejscu i liczy się tylko ta jedna, jedyna chwila? Krótki moment, w którym tracisz nad sobą panowanie i robisz wszystko, aby zaspokoić ciekawość, podniecenie? Mam nadzieję, że tak, bo w takim razie o wiele łatwiej będzie Ci zrozumieć następne wydarzenia, które się zdarzyły w tamtej małej garderobie w bocznym skrzydle koncertowej hali. Nie było to normalne, zdecydowanie odbiegało od jakichkolwiek norm, ale to tylko fikcja. Możesz winić autorkę, jej chorą wyobraźnię albo oba. Zależy od Ciebie. A więc zapraszam na początek, tak dobrze przeczytałeś. Początek tego, co będzie rozkwitać z dnia na dzień, z rozdziału na rozdział, aż w końcu osiągnie swój właściwy rozmiar albo pęknie. Jak szklana kula ze śnieżynkami.
****
Wszystko to wydarzyło się w ciągu jednego ułamka sekundy, który pełen był wyczekiwania, niepokoju oraz tej cholernej niepewności.
Ona pochyliła się nad kanapą, aby wziąć leżącą tam małą, czarną torebkę tak bardzo uwielbianą przez nią i znoszoną przez te wszystkie lata z niej korzystania. Odwróciła się w stronę drzwi i już miała wychodzić kiedy na drodze stanął mężczyzna jej marzeń. Wiedziała, że tam jest, przecież sam ją wpuścił ale teraz znajdowała się tuż przed nim, a odległość, która ich oddzielała nie przekraczała wielkości paru centymetrów. Spojrzała w te ciemne, głębokie oczy i wiedziała co się kroi. Z jednej strony umarłaby, aby tylko przeżyć to co teraz ale z drugiej cholernie bała się zaangażować, bo wiedziała, że dla niego to nic nie znaczy.
-Ja... Chyba już pój..- nie dokończyła. Zwyczajnie nie miała jak, bo Shannon zamknął jej usta ciepłym, delikatnym w swojej istocie pocałunkiem.

Poległa, wiedziała, że przy tym mężczyźnie długo nie wytrzyma.