niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 5- „People fall in love in mysterious ways, maybe just a touch of a hand”*

*Ed Sheeran- Thinking out Loud.

Rozdział dedykuję Wiki i Idze. Bo was kocham.


Na razie nie będę dodawać tak często rozdziałów na tym blogu, ale zdradzę, że możecie się szykować coś nowego na Modern Myth
Zapraszam do opinii i komentowania. 


****

Czasami pragniemy, aby jakieś chwile trwały wiecznie. Ba, co ja mówię. Zdarza nam się to prawie codziennie. Nie ważne co w tamtym czasie robimy, czy to jest pocałunek, uczucie bezpieczeństwa i miłości czy zwyczajne śniadanie przy rodzinnym stole. Jedyną rzeczą, która powinna zawracać naszą głowę w takim momencie to ta wszechogarniająca błogość, przyjemność.
Zastanawiacie się pewnie co działo się w głowie tej dwójki. Wyobrażacie sobie jakieś podniosłe myśli, spostrzeżenia. Nic bardziej mylnego. Zawładnęła nimi chęć spróbowania czegoś nowego, innego. Nie myśleli o konsekwencjach, późniejszych problemach. Żyli chwilą, jak to często radzą nam w piosenkach popowe gwiazdki. Nie wiedzieli co nastąpi jutro, nawet za godzinę.
****
Chcąc, nie chcąc oderwał się od niej tym samym uświadamiając sobie co się właśnie stało. I to z jego winy, sam zaczął. Przeraził się lekko, bo wiedział jak może to wpłynąć na jego i tak nie najlepszy wizerunek. Jak ona coś komuś powie, albo co gorsza pomyśli, że to coś większego to nie będzie mógł wyjść z domu bez tony paparazzi czekających za krzakami, o które tak pieczołowicie dbała jego mama.
Spojrzał w jej ciemne oczy, dużo ciemniejsze od jego własnych i zaczęły nim targać mieszane uczucia. Żałował i to cholernie mocno, ale z drugiej strony wiedział, że wreszcie robi to co powinien. Nie idzie za głosem brata, nie przejmuje się opinią każdego dookoła niego. Słucha swojego serca, które właśnie teraz podpowiada mu, że to wcale nie był błąd.
Stali tak już jaki czas. Jedno mierzyło wzrokiem drugie i nikt nie odważył się odezwać. Studiowali swoje twarze, obie pełne niepokoju, wyczekiwania. Każde oczekiwało, że druga osoba odezwie się pierwsza, powie na głos to co siedzi w ich głowach. Padło na niego.
-Leah...- zaczął zachrypniętym głosem i utknął. Nie wiedział co powiedzieć dalej. Gdzie twoja charyzma Leto? Gdzie ta firmowa już pewność siebie?
-Wiem co chcesz powiedzieć.- powiedziała zdecydowanym głosem.-Zapominamy o tym?
-Ale...
-Przestań. Oboje jesteśmy dorośli.- z miłej i nieśmiałej dziewczyny zmieniła się w taką, której nie obchodzi nic związanego z mężczyznami.- Dzięki za wspaniały dzień, za spełnienie moich głupich marzeń.- rzuciła szybko i wyszła z garderoby w zastraszającym tempie.
Shannon stał oniemiały, nie wiedział co powiedzieć. Zazwyczaj to on wypowiadał krzywdzące słowa, a teraz po praz pierwszy od dawna został odrzucony jak jakiś śmieć. Oczywiście, sam chciał powiedzieć to samo, ale poczuł się prawie tak samo jakby coś do niej czuł. Z wściekłości kopnął w kanapę tak, że po chwili leżała przewrócona obok jego nóg. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić.
****
-A już myślałam, że zamarznę przy tym aucie. Co ty tam tak długo robiłaś?- zapytała zdenerwowana Effy.
-Nie mogłam znaleźć garderoby.- rzuciła szybko i czym prędzej otworzyła auto byleby tylko nie musieć spojrzeć przyjaciółce w oczy. Wtedy by od razu się zorientowała, że coś jest nie tak, że coś złego się stało. Najpierw musiała ułożyć sobie wszystko w głowie, a dopiero potem mogła myśleć o zwierzaniu się z tych wydarzeń.
-To nawet lepiej, bo nie zgadniesz kto przyszedł tu do mnie z gorącą czekoladą, abym nie zamarzła. Sam Jared Leto.
-Naprawdę? Bredzisz.
-Chciałabyś. Jak zwykle po koncercie wyszedł się przejść, bo go roznosiła energia i przy okazji trafił na mnie i od słowa, do słowa... Dałam mu swój numer!
-Co?- Leah stanęła gwałtownie na środku drogi. Na szczęście ulice były już puste. Echelon opuścił miasto z prędkością światła.
-To. Niby w celach koncertowych, wiesz jakby mieli nowe konkursy i tak dalej. Ale ja w to nie wierzę.- westchnęła rozmarzona.- Mówię ci, to jest początek pięknego związku. Jeszcze zobaczysz.- powiedziała i przekręciła gałkę radia tak, że cały samochód zabrzmiał piękną, spokojną muzyką.
-Ehh...- Leah jak zwykle przy tej piosence przypomniała sobie sceny z przeszłości, o których z wielką chęcią wolałaby zapomnieć. Wydarzenie z dzisiaj dołączyło do tego niemałego zbioru. Czekała tylko jak wrócą i na chwilę zostanie sama, aby pozbierać myśli. Tego właśnie potrzebowała.
Spojrzała w bok na siedzenie pasażera, na którym Effy odprawiała dzikie tańce radości połączone ze sprawdzaniem „godziny”. Obie dobrze wiedziały, że wyczekuje wiadomości od jej Leto. Uśmiechnęła się w duchu do siebie i wróciła do patrzenia na drogę. Przynajmniej jedna z nich była szczęśliwa bliskim kontaktem z jednym z braci. Dla niej, szczęście Effy było najważniejsze.
****
-Nie mogę w to uwierzyć...- mamrotała do siebie podczas mycia zębów, co spowodowało, że całkiem nowa koszulka z ulubionym zespołem była cała w paście do zębów. Mimo to, kontynuowała swoje przemyślenia.- Mnie? Zwykłej dziewczynie... Może mnie z kimś pomylił?- wypluła resztkę pasty z ust i przepłukała twarz.
Podniosła głowę i w lustrze ujrzała szczęśliwą, młodą osobę. Uśmiech nie schodził jej z twarzy odkąd artysta oddalił się od auta. To było najlepsze pięć minut jej życia. Nie żeby liczyła w głowie każdą sekundę spędzoną koło jego boku, to nie było w jej stylu. Przynajmniej to sobie wmawiała. Poprzeglądała się jeszcze chwile i zapewne robiłaby to dalej, ale tą jakże zajmującą czynność przerwał jej telefon, który wesoło zabrzęczał na umywalce.
Mam nadzieję, że podobał Ci się dzień spędzony ze mną. J.

Trzy... Dwa... Jeden...
-O mój Boże napisał do mnie!- wydarła się na cały dom i odtańczyła coś, co na pierwszy rzut oka przypominało przesuwanie posągu, ale było to pełnoprawnym tańcem radości. Wybiegła z łazienki potykając się o własne nogi, które teraz zdawały się być zdecydowanie za długie.- TEN JARED LETO NAPISAŁ DO MNIE? ROZUMIESZ TO?
-Co? Pokaż, bo nie wierzę.-zaciekawiona przyjaciółka próbowała zajrzeć jej do telefonu.
-Nie, to sprawa moja i Jareda.- oburzyła się Effy i wróciła do łazienki, z której po chwili zaczął dochodzić szum wody i jej śpiew. Oczywiście wybrała utwór Thirty Seconds to Mars.

Leah śmiała się wcale tego nie ukrywając. Bawiła ją buńczuczność przyjaciółki ale z drugiej strony wiedziała, co musi przechodzić. Spełniało się jej najskrytsze marzenie, o którym wstydziła się mówić na głos. Jej zachowanie było całkowicie zrozumiałe. Sama przeżyła dzisiaj coś, co nie zdarza się człowiekowi codziennie.
Do tej pory nie miała ani chwili, aby się nad tym dłużej zastanowić. Teraz mogła sobie na to pozwolić. Krzyknęła tylko w stronę łazienki, że idzie spać, bo jest wyczerpana i po chwili siedziała w ciemności na łóżku, które wydawało się być o wiele za duże dla jednej osoby, do tego tak drobnej jak ona.
Chciała tylko zebrać myśli, ustalić oficjalną wersję wydarzeń i zapomnieć. Tak, nie chciała pamiętać o czymś, co sprawiło, że znowu zamieniła się w zagubioną dziewczynkę przerażoną ogromem własnych uczuć i zachowań. Wciąż i wciąż odtwarzała sobie w głowie dzisiejszy dzień. Szczególnie ostatnie wydarzenia, które miały tak duży wpływ na jej psychikę.
Przecież to był zwykły pocałunek- powiecie. Ale proszę, postawcie się na miejscu kobiety, dla której mężczyzna jest porównywalny do najbardziej śmiertelnej trucizny świata. Oczywiście, nie podchodzi od każdego z nienawiścią w oczach, ale się boi. Odrzucenia, pozostawienia oraz wykorzystania. Przed oczami ma zawiedzione spojrzenie Shannona, które rzucił jej kiedy opuszczała garderobę. Wiedziała, że dla niego nie była to tylko głupia zabawa, czuła to w atmosferze powstałej po ich pocałunku, który swoją drogą był idealny. Ich usta zgrały się jakby były stworzone dla siebie od początku. Nie potrzebowali zbędnych słów, obietnic. To było tak spontaniczne, a zarazem piękne, że łzy w jej oczach nie były spowodowane tylko wielkim żalem do samej siebie tylko też zawodem, że nigdy więcej się to nie powtórzy.
Nie chciała płakać, tak bardzo nie chciała. Niestety zazwyczaj jej chęci i starania sprowadzały się tylko do cichych obietnic danych samej sobie, a wszystko inne diabli brali. Otarła łzy kapiące na jej koszulkę i położyła się tak, że mogła obserwować niebo pełne gwiazd.
Każda z nich była wyjątkowa, kształtem czy rozmiarem. Kiedyś, bardzo dawno temu wierzyła, że jedna jest przypisana dla niej. Wybrała tą najmniejszą, ale najbardziej błyszczącą. Taka się właśnie czuła- pozornie niedoceniana, skromna, ale w środku pełna blasku. Niedługo po tych obserwacjach uderzyła ją szara rzeczywistość i przestała wierzyć w cokolwiek. Tym bardziej w miłość, która dzisiaj zdawała się zaatakować ją podwojoną siłą.
W głębi duszy zastanawiała się co siedziało w głowie Shannona podczas pocałunku. Może żałował? Na pewno. Z taką myślą, która utkwiła jej do końca nocy spróbowała zasnąć i o dziwo się jej udało.
****
Jej sen był niespokojny, ale mocny. Na tyle, aby nie usłyszała dźwięku przychodzącego esemesa, który zazwyczaj automatycznie ją budził.

Nie żałuję. Spotkajmy się jutro w kawiarni naprzeciwko hali./ Ten co nic nie mówi.


czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 4- „So you can keep me inside the pocket of your ripped jeans”*

*Ed Sheeran- Photograph

Trochę zmieniłam styl pisania rozdziału, jak Wam się podoba? Piszcie, zapraszam do komentowania. 
****
Miłość czasami boli bardziej niż największy, najmocniejszy cios w twarz. To nie jest tak, że od razu to poczujesz. Wszystko przyjdzie z czasem, serce, które będzie rozrywane na najdrobniejsze kawałki w pewnym momencie kompletnie się rozpadnie i pozostanie po nim tylko czarna, ziejąca dziura. Zabawne jak wiele osób myśli, że to właśnie oni cierpieli najbardziej, że to im się oberwało najmocniej. Nie. Nikt nie czuje tego samego co matka tracąca dziecko, kobieta uprawiająca miłość, aby utrzymać się i swoją rodzinę. Nikt nie potrafi zrozumieć bólu drugiej osoby dopóki sam go nie poczuje na własnym ciele. Dopóki sam nie złamie się tak bardzo, że nie będzie czego zbierać. Wtedy osiągamy dno.
Brak nadziei, zaufania do kogokolwiek oraz miłości. Mimo, że boli, że trzeba się po niej dłużej zbierać niż po chorobie. Ona jest najważniejsza, to ona dyktuje naszym życiem. Najgorsze jest to, że trudno zaprzeczyć temu dość prostemu stwierdzeniu. Przecież to pod jej wpływem robimy rzeczy, o których nie chcemy pamiętać, których się wstydzimy. To nie alkohol zmusza nas do tego tylko ta zaślepiająca siła kryjąca się w każdym z nas, czekająca aż pojawi się „ta” osoba i ją uwolni.
Co się dzieje z człowiekiem, który zostaje pozbawiony możliwości kochania? Wielu by powiedziało, że umiera, bo czym jest życie bez miłości. Niestety, pozostaje przy życiu. Cień człowieka. Słyszeliście kiedyś to określenie? Nazywam tak ludzi, którzy z braku najważniejszego czynnika życiowego przestają istnieć. Dryfują w czasoprzestrzeni nazywanej życiem. Nic ich nie rusza, nie podnieca ani nie obchodzi.
Myślę, że przychodzi taki moment kiedy nie widzisz sensu w dalszej wędrówce. Stajesz się zwyczajnym przeżuwaczem i zaczynasz mieć w nosie to co dzieje się dookoła. Skupiasz swoje myśli na tej jednej porażce, która zazwyczaj nawet nią nie jest. Doskwiera ci samotność, cholernie dotkliwa i nie potrafisz sobie z nią poradzić. Wtedy też osiągasz dno. Z własnej winy.
Czy ona straciła nadzieję? Zapewne tak. Nie można się dziwić. Czy z nim stało się to samo? Nigdy.
****
-Tu jest niebezpiecznie, wiesz o tym?- wydukała z siebie z dość dużym trudem. Cholernie bała się wysokości, a oto siedziała z samym Shannonem Leto na dachu sali koncertowej.
-Powinienem ci pokazać jakieś bębny, cokolwiek związanego z muzyką.- zignorował jej cichą uwagę, albo po prostu jej nie dosłyszał.- Jestem strasznym przewodnikiem, wiem.- zaśmiał się z samego siebie.- Zawsze przychodzę w takie miejsca przed koncertem, aby odreagować i te sprawy.
-To ja się wcinam w twój plan, więc rób to co masz w zwyczaju.- odrobinę się rozluźniła. Pewnie to przez samą świadomość, że siedzi obok mężczyzny, do którego wzdycha co noc. W takiej sytuacji nie powinna się rozluźniać, być spokojna. O dziwo, pomogło to jej się oswoić.- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko nie dzieje się w mojej głowie. Może brzmi to jak wyznania jakiejś psychopatki ale tak jest. Mimo, że nie wyglądam i nie daję tego po sobie poznać to w środku trzęsę się jak osika. A... I jeszcze nie wierzę, że ci to mówię.
-Wiesz co? Sam stresowałem się tak, może nawet bardziej niż ty.- uśmiechnął się pokrzepiająco.- Wbrew tego co mówią to wciąż jesteśmy ludźmi.
-Naprawdę? Myślałam, że nie jecie, nie sypiacie tylko co noc podłączacie się do kontaktu, aby naładować baterie.
-Jezu, co się dzieje w twojej głowie.- zaśmiał się na cały głos. Coraz bardziej zaczynał ją lubić. Najpierw udawał. Musiał to przyznać. Chciał być miły, bo to było spełnienie marzeń tych dziewczyn, ale coraz bardziej podobał mu się kontakt z osobą, która wie o nim więcej niż on sam, co zazwyczaj go odrzucało. Nie podniecały go fanki, członkowie Echelonu. Miał swoje zasady, każdy z nich je miał. Obiecali sobie, że bez względu na wszystko nie umówią się, ani się nie zakochają w osobie takiej jak ona.- I będziesz się tego trzymał Leto.- dodał w myślach i uśmiechnął się do niej siląc się na spokój.
-To żeby nie było, że ten dzień spędzę na obgadywaniu z tobą reszty zespołu możesz mnie oprowadzić po backstage'u?- zapytała nieśmiało.
-Pewnie, widzę jak trzęsiesz się ze strachu na tym dachu.- rzucił krótko i po chwili stał obok zejścia do budynku.- Panie przodem.
****
Pytałeś kiedyś siebie jak to jest skonstruowane, że w jednej chwili cały Twój świat potrafi stanąć na głowie, a co gorsza złamać się i rozbić na malutkie kawałeczki? Nie? To opowiem Ci jak to jest.
Wyobraź sobie szklaną kulę, taką jak te, które Twoja mama stawiała na kominku jak byłeś mały. Tyle, że w środku nie ma uśmiechniętego mikołaja ze stadkiem reniferów, jesteś tam Ty. Najpierw szczęśliwy, zadowolony. Powoli układasz sobie życie, w maleńkiej kuli pojawiają się coraz to nowe osoby, śmiejecie się wspólnie przy kolejnej butelce wina. Wtedy przychodzi upadek. Ktoś zabiera wszystkich od Ciebie, zostajesz całkowicie sam i ten sam „ktoś” bierze w swoje ręce kulę wraz z Tobą i upuszcza na zimną posadzkę. Bez ostrzeżenia, bez przeprosin. Upadasz i nie masz nawet jak się podnieść, bo wszyscy, którym ufałeś uciekli. Zniknęli i zostawili Cię samego, porzuconego.
Może przesadzam, koloryzuję ze względu na potrzeby tego opowiadania. Chcę tylko uzmysłowić jak ciężko ma osoba, która w jednym życiu została pozbawiona swojej kuli tyle razy, że nie było co zbierać. Właśnie ona stała przed marzeniem, przed kimś/czymś co mogłoby ją uratować od ciągłego spadania w dół otchłani zwanej depresją.
Obiecała sobie, że nie będzie płakać już nigdy. Przynajmniej nie ze smutku. To samo powiedziała sobie w sprawie żyletek. Nigdy, przenigdy więcej nie spędzi nocy siedząc w łóżku z jedną z nich w ręku i milionem łez na policzku. Tak bardzo starała się dotrzymać słowa danego sobie na jednym z koncertów. Brzmi to komicznie, wiem, ale właśnie podczas trwania najlepszej nocy jej życia przysięgła, że nigdy więcej nie skrzywdzi siebie bez względu na sytuację. Że już nie zapłacze z bezsilności jak to miała w zwyczaju. Na razie się jej udawało...
****
Czas leciał szybciej niż zazwyczaj. Cisza nie była taka dołująca jak ta w jej pokoju. Ta była... Spokojniejsza? Oznaczała szczęście, radość i podekscytowanie. Wszystko naraz, a zarazem tak niewiele. Była zwyczajnie inna, piękniejsza.
-...No to chyba tyle o najbliższych planach. Masz jakieś pytania?- skończył mówić i mógł przysiąść, że szło mu to o wiele lepiej niż się spodziewał. Dziewczyna nie była wścibska, szanowała jego zdanie i prywatność członków zespołu. Idealny Echelon. Gdyby tylko wiedział co działo się w jej głowie, to diametralnie zmieniłby zdanie.
-Tak, jest ich tyle, że sama nie wiem od czego zacząć.- zaśmiała się cicho.- Wiem, że nie masz dla mnie dużo czasu i tak czuję się ogromnie wyróżniona tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało.- taa... Tak jej wypowiedź brzmiała w jej głowie. Niestety, nie wszystko jest takie jak nam się wydaję i Jared nie usłyszał tego wywodu w takiej formie, jaka być powinna. Brzmiało to jakoś tak.- Ja.... Może... Nie wiem... Jezu.
-Spokojnie, nie gryzę, tylko tak wyglądam.- uśmiechnął się pokrzepiająco. Dobrze wiedział jak działa na kobiet i musiał przyznać, że czasami to perfidnie wykorzystywał. Lubił to uczucie, kiedy mógł nad kimś wystarczająco zapanować, aby on mu uległ. Z jednej strony go to przerażało, bał się samego siebie, ale nie chciał tego przed nikim przyznać, a z drugiej był tym faktem bardzo podniecony. Popadał ze skrajności w skrajność. Tak już miał w zwyczaju.- Moja propozycja jest taka, jak oczywiście chcesz zrobimy sobie zdjęcie, a potem pójdziemy na soundcheck i odwiedzimy resztę, co ty na to?
-Bardzo chętnie.- tym razem udało jej się streścić w jednym, krótkim zdaniu. Była z siebie dumna.
****
Sama próba dźwięku była magiczna. Chłopcy dali z siebie wszystko. Kontakt z publicznością mieli tak wspaniały, że dziewczyny, które stały z boku sceny miały wrażenie, że to tylko spotkanie dużej grupy znajomych połączone z muzyką na żywo. Zagrali wiele piosenek z pierwszej jak i drugiej płyty, co było u nich bardzo dużą rzadkością. Ze sceny zeszli uśmiechnięci i spoceni.
Potem przyszła kolej na meet and greet, który szczerze mówiąc należał do tych najdłuższych. Same pytania i odpowiedzi trwały ponad godzinę, albo i dłużej. Dopilnowali, aby każdy miał szansę zadać swoje pytanie. Przy podpisywaniu nawet przymknęli oko, kiedy dziewczyna podeszła z aż trzema rzeczami i z uśmiechem złożyli autograf na każdej z nich. Nie czuło się pośpiechu, presji czasu oraz niechęci ze strony artystów. Było tak, jak być powinno zawsze.
Jednak największe zaskoczenie spotkało ludzi podczas robienia wspólnych zdjęć. Zazwyczaj wszystko szło jak na taśmociągu w fabryce gumy do żucia. Tym razem mężczyźni przytulili każdą osobę po informacji od fotografa, że już po wszystkim.
Było po nich widać, że promienieją szczęściem. Szczególnie bracia Leto, co Tomo od razu zauważył. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby ich o to wypytać. Tak, to był świetny pomysł.
****
-Mam nadzieję, że zobaczymy się na następnym koncercie. Macie numer do Reni jakbyście miały problem z wejściem na backstage. Świetnie spędziliśmy z wami czas.- powiedział Jared i po zrobieniu kolejnego, tym razem grupowego zdjęcia każdy z nich rozszedł się w swoją stronę.
-Idziemy?- zagaiła Effy.
-A musimy? Patrz jak tu jest wspaniale...-rozmarzyła się przyjaciółka.- Uwierzysz, że właśnie przed chwilą dotykałam samego Shannona Leto?
--Jak przypuszczam fangril mode został włączony?- zaśmiała się poczciwie z podekscytowanej Lei. W głębi duszy sama była tak szczęśliwa z tego samego faktu, ale chciała zachować wszelkie histerie na wieczór jak już wrócą do domu.
-Phi... Kochana, ja go nigdy nie wyłączam.- odpowiedziała z takim samym uśmiechem na twarzy jak u Effy.- Czekaj...- obróciła się wokół własnej osi szukając torebki z kluczami do domu oraz telefonem.- Musiałam to zostawić w garderobie Shanna, zanim poszliśmy na soundcheck.- wolała przemilczeć epizod na dachu, może kiedyś zdradzi go przyjaciółce.- Idź do auta, ja się wrócę do Reni i wezmę rzeczy, okej?
-Tylko mi go tam nie rozbierz. Podobno po koncertach są bardzo... Pobudzeni.- Effy dusiła się ze śmiechu.
-Zamknij się gnomie, bo to się dobrze nie skończy.
-Odezwał się gówniarz, dobra, leć podziwiać spoconego Leto.- rzuciła i już kierowała się w stronę wyjścia dla personelu.
Za to podenerwowana Leah ruszyła w zupełnie inną stronę. Wiedziała, że najpierw powinna zapytać menadżerki, albo chociaż kogoś z Mars Crew o zgodę ale jej intuicja podpowiadała, że to nie będzie potrzebne.
Po chwilowym zgubieniu się w odmętach licznych korytarzy, stała pod drzwiami do tej, a nie innej garderoby, w której spełniła swoje największe marzenie. Zapukała cicho, ale nikt nie odpowiedział. Ponowiła czynność i zza kawałka drewna usłyszała lekko zachrypnięty głos perkusisty.
-Jezu Jared już idę! Myłem się w przeciwieństwie do ciebie.- krzyczał kierując się w stronę chwilowego obiektu jego złości. Otworzył je i nie mógł uwierzyć temu co widzi. Zawstydzony spuścił głowę i czekał na tłumaczenia dziewczyny. Stał przed nią w samym ręczniku, co nie było dla niego komfortową sytuacją.
-Przepraszam, naprawdę nie chciałam przeszkadzać, ale zostawiłam u ciebie torebkę, a mam w niej ważne rzeczy, mogę ją wziąć?- wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
-Pewnie, wejdź.- powiedział szybko i przepuścił ją do środka. Musiał przyznać, że taka zawstydzona i skrępowana wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż zazwyczaj. Ledwo się powstrzymywał, aby nie zrobić tego, co było mu tak bardzo potrzebne w tamtej chwili.
****
Znasz to uczucie, kiedy czas dookoła Ciebie staje w miejscu i liczy się tylko ta jedna, jedyna chwila? Krótki moment, w którym tracisz nad sobą panowanie i robisz wszystko, aby zaspokoić ciekawość, podniecenie? Mam nadzieję, że tak, bo w takim razie o wiele łatwiej będzie Ci zrozumieć następne wydarzenia, które się zdarzyły w tamtej małej garderobie w bocznym skrzydle koncertowej hali. Nie było to normalne, zdecydowanie odbiegało od jakichkolwiek norm, ale to tylko fikcja. Możesz winić autorkę, jej chorą wyobraźnię albo oba. Zależy od Ciebie. A więc zapraszam na początek, tak dobrze przeczytałeś. Początek tego, co będzie rozkwitać z dnia na dzień, z rozdziału na rozdział, aż w końcu osiągnie swój właściwy rozmiar albo pęknie. Jak szklana kula ze śnieżynkami.
****
Wszystko to wydarzyło się w ciągu jednego ułamka sekundy, który pełen był wyczekiwania, niepokoju oraz tej cholernej niepewności.
Ona pochyliła się nad kanapą, aby wziąć leżącą tam małą, czarną torebkę tak bardzo uwielbianą przez nią i znoszoną przez te wszystkie lata z niej korzystania. Odwróciła się w stronę drzwi i już miała wychodzić kiedy na drodze stanął mężczyzna jej marzeń. Wiedziała, że tam jest, przecież sam ją wpuścił ale teraz znajdowała się tuż przed nim, a odległość, która ich oddzielała nie przekraczała wielkości paru centymetrów. Spojrzała w te ciemne, głębokie oczy i wiedziała co się kroi. Z jednej strony umarłaby, aby tylko przeżyć to co teraz ale z drugiej cholernie bała się zaangażować, bo wiedziała, że dla niego to nic nie znaczy.
-Ja... Chyba już pój..- nie dokończyła. Zwyczajnie nie miała jak, bo Shannon zamknął jej usta ciepłym, delikatnym w swojej istocie pocałunkiem.

Poległa, wiedziała, że przy tym mężczyźnie długo nie wytrzyma.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 3- „Yeah I've been feeling everything, from hate to love, from love to lust, from lust to truth”

Z dedykacją dla najwspanialszej przyjaciółki jaką kiedykolwiek miałam. Mam nadzieję, że Ci się spodoba "Twoje" fanfiction :) 
*****

-Chcecie coś do picia? Mam wodę, colę i... To wszystko- uśmiechnął się pomijając zapasy alkoholu trzymane w barku, które tak skrzętnie chował przed resztą ekipy. To był jego mały sekret i nikt nie powinien o tym wiedzieć. Nikt.
-Chętnie, ładnie tu masz.- powiedziała blondynka, której imienia wciąż nie zdążył poznać. Cała ich wizyta u niego trwała dopiero z pięć minut i jedyne co zauważył to to, że brunetka jest bardzo nieśmiała. Może to przez jego wrodzony urok osobisty- pomyślał i momentalnie uśmiechnął się powstrzymując śmiech z samego siebie.
-A ty byś coś coś chciała?- zwrócił się do tajemniczej dziewczyny, z którą wczoraj rozmawiał przez telefon. Leah. Zapamiętał to niespotykane imię, które od zawsze kojarzyło mu się ze spokojem, wdziękiem i czymś tajemniczym.
-Ciebie.- pomyślała, ale od razu poprawiła się w myślach.- Tak, wody poproszę.- powiedziała na głos i starała się ukryć zakłopotanie własnymi myślami pod przykrywką uśmiechu.
-Siadajcie, nie krępujcie się.- chciał podtrzymać tą trochę sztuczną konwersacje i wskazał dziewczynom miejsce na kanapie.- Macie jakieś pytania co do zespołu, płyty?
-Oczywiście!- blondynka aż podskoczyła na myśl o rozmowie o tajemnicach Thirty Seconds To Mars.- Macie już pomysł na następną płytę? Jared kiedyś wspomniał, że będzie ona w stylu pierwszej i drugiej, to prawda?
-Za dużo wam zdradzić nie mogę, wiecie, tajemnica.- uśmiechnął się na potwierdzenie własnych słów.- Ale powiem tyle, że nie kłamał.- reakcji dziewczyn się nie spodziewał. W oczach Effy (tak, poznał już jej imię, ale tylko dlatego, że Leah tak się do niej zwróciła) ujrzał pojedyncze łzy, które po chwili spłynęły na jej policzek. Gdyby tylko wcześniej wiedzieli, jak fani uwielbiają stare klimaty, to zostali by przy nich bez dwóch zdań. Niestety, Jared miał wrażenie, że skoro przemysł muzyczny uległ tak dużej zmianie to gust Echelonu również.- Dziewczyny, nie płaczcie tylko, bo oberwie mi się, że coś wam zrobiłem. Brat mnie zabije, nie biorąc pod uwagę Vicky. Ona to dopiero...
-A wydaje się być taka kochana.- Leah powiedziała ze śmiechem. Coraz bardziej zaczynała mu się podobać.
-Jest, jest, ale jak przesadzisz to dostaniesz.- odpowiedział jej z takim samym rozbawieniem jak to, co gościło na jej twarzy.- Właśnie, co ja taki niegościnny. Mam coś dla was!- poderwał się z kanapy i podszedł do rogu pokoju gdzie leżały dwie dość pokaźne torby. Wręczył im po jednej i z radością wypisaną na twarzy patrzył jak przeglądają ich zawartość.
Postarali się z chłopakami, nie ma co. W środku znajdował się komplet jego osobistych pałeczek, wszystkie piosenki, które nie pojawiły się na oficjalnych płytach, zgrane i złożone w całość. Oczywiście z autografem, no i wiele, wiele więcej prezentów.
-Podoba się?- zagaił nieśmiało. Oczywiste było to, że wiedział jak bardzo są z tego zadowolone, ale wypadało zapytać.
-Pewnie, dzięki wielkie.- odpowiedziała mu Effy.
-Mam dla was jeszcze jedną niespodziankę dziewczyny. Razem z bratem wymyśliliśmy coś co się wam spodoba. Przynajmniej mam taką nadzieję.- uśmiechnął się tak delikatnie i uroczo jak nigdy wcześniej. Przynajmniej Leah nie widziała tego uśmiechu na żadnym z wielu jego zdjęć, które widziała.- Na cały dzisiejszy dzień i czas koncertu każda z was zobaczy to wszystko od innej strony. Będziemy was oprowadzać po tym co dla nas najważniejsze. Niestety, Tomo nie może wziąć w tym udziału, bo chce jak najwięcej czasu spędzić z żoną. Mam nadzieję, że zrozumiecie.- pokiwały potwierdzająco głowami.- Teraz pozostaje wam tylko wybranie z kim chciałybyście zwiedzać. Wyboru największego nie macie, ale mam nadzieję, że nie jesteście zawiedzione.- pokrzepiający, pełen nadziei uśmiech zakończył jego wypowiedź.
-To ja mam jedno pytanie.- Effy wyrwała się jako pierwsza.- Gdzie jest garderoba Jareda?
-Na lewo i prosto, do końca.- ledwo co zdążył odpowiedzieć i już jej nie było.- No to zostaliśmy sami...- zwrócił się od brunetki siedzącej przed nim. Nie miał pojęcia jak rozpocząć jakąkolwiek konwersacje. Czuł się... Zawstydzony? Jak to? On? Przecież jesz bożyszczem wszelakich kobiet, nastoletnie lata miał już dawno za sobą, więc nie miał pojęcia dlaczego reaguje tak, a nie inaczej.
-Strasznie mało mówisz.- stwierdziła. Zaskoczyło go to, nawet bardzo.- Nie chodzi mi o teraz, dzisiaj usłyszałam najdłuższe zdanie jakie kiedykolwiek wypowiedziałeś.- uśmiechnęła się nieśmiało.- Dlaczego?
-Pierwszy raz ktoś zadaje mi takie pytanie. Szczerze? Umówiliśmy się z chłopakami, że podczas wywiadów będzie „królował” Jared. My z Tomo mamy robić „show”. Poza tym to wiesz, ja taki nieśmiały chłopaczyna to mało mówię.
-Uważaj, bo ci jeszcze uwierzę. Nie chcielibyście kiedyś tego zmienić? Myślę, że każdy z was ma wiele do przekazania. Wszyscy dużo przeszliście, więc dobrze byłoby usłyszeć coś nie tylko od Jareda.
-Masz zupełną rację, jak jeszcze pogadasz za mnie z „bossem” to będę ci dziękował na kolanach.- zaśmiał się szczerze. Coraz bardziej zaczynał ją lubić. Wiedział, że ma wiele do powiedzenia, że dużo przeszła. Widać to było po niej, po tej początkowej nieufności.- To teraz opowiedz trochę o sobie, chciałbym wiedzieć komu zdradzam sekrety zespołu.
****
-Cholera jasna!- wykrzyczała dużo głośniej niż zamierzała. Błąkała się po backstage'u przez dobre pięć minut i wciąż nie mogła znaleźć garderoby mężczyzny, który śnił jej się prawie codziennie.
Wciąż nie mogła uwierzyć gdzie się znajduje, że to co się dzieje jest naprawdę, nie tylko w jej wyobraźni. Marzyła o tym dniu tyle razy aż przestała mieć nadzieję, że to się kiedyś stanie, a nagle bum! Jak grom z jasnego nieba spadła na nią taka okazja, której aż żal nie wykorzystać. Miała szansę. Taką prawdziwą, niezdarzającą się człowiekowi codziennie. Musiała czerpać z tego dnia jak najwięcej, ale wrodzona orientacja w terenie akurat wtedy postanowiła ją zawieść.
Wstała i zaczęła się po raz kolejny kierować w kierunku, który wskazał jej Shannon. Wzrok miała utkwiony w telefonie, gdzie pośpiesznie sprawdzała wiadomości od tych, którzy wiedzieli, że jest teraz w tym, a nie innym miejscu.
Niespodziewanie coś, albo raczej ktoś stanął tuż przed nią i skończyło się to bolesnym upadkiem obojga ludzi. Zawstydzona Effy próbowała się jak najszybciej pozbierać, bo wiedziała, że nie powinno jej tu być. Wstała i otrzepała się machinalnie.
-Przepraszam, nie chciałam naprawdę.- wydukała cicho i odważyła się spojrzeć na poszkodowanego. Momentalnie zaparło jej dech w piersiach i z trudem złapała jeden, desperacki oddech. Musiało to wyglądać nader dziwnie ale w tamtej chwili nie było jej do śmiechu. Potrąciła samego Jareda Leto, na którym zresztą leżała przez ułamki sekundy. Mimo, że trwało to dosłownie jedno mrugnięcie okiem, to zdążyła poczuć jego zapach, miękkość ubrań oraz siłę mięśni. Wpadła po uszy. Wiedziała to odkąd zaczęła ich słuchać, ale wtedy właśnie to się potwierdziło.
-Nie szkodzi.- uśmiechnął się za pięknie.- Przy tobie czuję, że mam życie.- zaśmiał się i wskazał dłonią na jej telefon, który wciąż spoczywał w jej dłoni w pełnej gotowości, aby wysłać wiadomość. Zawstydziła się, to było oczywistą reakcją w zaistniałej sytuacji. Jedyne na co się zdobyła to był krótki, odrobinę histeryczny śmiech.- Ty jesteś Effy, tak? Widzę, że już zdecydowałyście, która z was spotka się ze mną. Zapraszam do mojej skromnej garderoby.- powiedział i otworzył drzwi, które znajdowały się centralnie naprzeciwko ich.
-Gratuluję, ośmieszyłaś się w pierwszej minucie spotkania.- mruknęła sama do siebie, tak aby Jared nie usłyszał.
****
-Dziewczyno, gdzieś ty była całe moje życie?- krzyknął Shannon udając desperacki ton. Wywołało to kolejną salwę śmiechu u nowo poznanej.
-Stałam pod barierkami na twoich koncertach.- odpowiedziała siląc się na powagę, co w tej sytuacji przychodziło jej z dużym trudem.
-Nie szukasz może towarzysza niedoli? Chętnie obronię cię przed rzeszą napalonych fanek.- zaśmiał się i dopiero po chwili uświadomił sobie jak strasznie to zabrzmiało. Zauważył to też po tym, jak bardzo dziewczyna spięła się na wspomnienie o jakimkolwiek związku.- Jezu Leah, przepraszam. Czasami jak coś palnę to nic tylko płakać nad moją głupotą.-zażartował sam z siebie. Miał nadzieję, że jego idiotyczny komentarz nie zepsuje tej świeżo zapoczątkowanej znajomości.
-Wszystko w porządku.- skłamała. Nie potrafiła myśleć o mężczyźnie w kategorii „chłopak”. Oczywiście, podobał jej się i to cholernie mocno, ale jeszcze za wcześnie. Poza tym powiedział to z grzeczności, przymusu. Tak, na pewno mu się nie podobała. Nie było takiej możliwości, przecież to Leto. Oni kochają zupełnie inny typ osób.
-- Gołąbeczki, przerywam wam?- nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanął najwspanialszy człowiek na świecie. Wraz z żoną.
-T...To....Tomo?- Leah zaczęła się jąkać i po chwili stała przytulona do mężczyzny, który zawsze poprawiał jej humor. Nie ważne co złego działo się w jej życiu, to on tam był. Nie fascynował jej tak jak Shannon, ale czuła z nim więź, mimo tego, że brzmiało to fatalnie.
-Papa Mofo przybył!- zaśmiał się swoim typowym, kochanym śmiechem.- No już, już. Nie płacz bo ja się rozpłaczę i jak wypadnę przed Vicky? Jeszcze się ze mną rozwiedzie i po ptokach.- oderwała się od niego i uśmiechnęła się od ucha d ucha.
-Właśnie, zaczynam być zazdrosny- Shannon, który dotychczas stał z tyłu znajdował się już obok nich i udawał naburmuszonego pięciolatka. Cała czwórka zaśmiała się ze starszego Leto.
-Mamy koncert do zagrania, za pół godziny zaczyna się soundchceck.- powiedział już poważny Tomo.
-No to chodź, porywam cię w jedno sekretne miejsce.- perkusista zwrócił się do wciąż oniemiałej dziewczyny.
-Uważaj na niego! Jak będzie się rozbierał to zamykaj oczy, jeszcze się bidulko przestraszysz.- humor nigdy nie opuszczał Chorwata. W odpowiedzi dostał tylko środkowy palec Shannona wycelowany w jego twarz i już ich nie było.- Ehh... Tylko żeby się chłopaczyna nie zakochał.- Tomo zwrócił się do żony.
-Znając jego to już to zrobił.

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 2- You are my comfort and happiness.

Rozdział specjalnie dla Spongie, która regularnie namawiała mnie do napisania go. Dziękuję :) 

****
Upadek. Z początku bolesny, łamiący nasz poprzedni światopogląd na dwie równe połówki. Z pozoru tak bardzo przerażający i niebezpieczny, że boimy się bardziej samego faktu, zjawiska niż jego dosłownego wydźwięku. Przecież to naturalna reakcja. Obawiamy się nowości, akceptacja przychodzi nam z czasem, ale nie chodzi o to. To wszystko jest zdecydowanie bardziej skomplikowane niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Od dziecka uczymy się, że upadanie jest złe, że boli. A może właśnie ten cholernie przeszywający ból uczy nas czegoś nowego? O nas, o innych, o wszystkim co nas otacza. Oczywisty jest fakt, że zapamiętamy więcej rzeczy jeżeli przypiszemy je do emocji, konkretnego odczucia jakim w tym przypadku jest ból, strach, który bardziej zapada w pamięć niż nawet najszczęśliwszy dzień spędzony z ukochaną osobą. Ludzki mózg funkcjonuje w sposób zawiły, dziwaczny w swojej istocie. Raz pozwala nam cieszyć się każdą sekundą spędzoną razem z nim/nią, ale i tak jeśli przychodzi do zapamiętania szczegółów takich jak kolor jego oczu, dźwięk szeptu czy nawet tego jak jego zarost przyjemnie drapał nas w policzek podczas pocałunków, zawodzi. Po wielu latach nie potrafi przypomnieć sobie nawet tak ważnej rzeczy jak jego imię, czy nazwisko. Zostaje jeden, nieważny szczegół, który w tamtym momencie aż za bardzo przykuł naszą uwagę i przyćmił wszystko inne.
A więc upadek to zbawienie, czy zmartwienie? Powinniśmy przejmować się jedną małą porażką i załamywać się na każdym kroku?
Temat wybrałam dosyć prozaiczny. Na każdym kroku możemy usłyszeć o tym jak to mamy się nie poddawać, zostawić smutki i troski za sobą i odetchnąć pełną piersią. Nie chodzi mi o sztuczne zmotywowanie do działania. Zostawiam to profesorom, psychologom, których i tak nie obchodzi to co mówi pacjent. Liczą się wyniki, cyfry i liczby, którymi wypełniają tabelki mówiące o waszym psychicznym zdrowiu. Przykre, lecz sam świat nie należy do najprzyjemniejszych miejsc.
Każde z nich wiedziało jak bardzo boli podniesienie się z nawet najmniejszego dołka. Bardziej niż sam upadek.
****
Weszła do kuchni przebrana w ciepłą i miłą piżamę. Usiadła na małym barowym stołku i upiła łyk gorącej herbaty postawionej przez przyjaciółkę, która obecnie krzątała się w salonie.
Effy najchętniej padłaby i zasnęła tu i teraz ze zmęczenia, które dopadło ją w tamtej chwili ze zdwojoną siłą. Kąpiel połączona z krótką drzemką i parujący napój przed nią zmogły ją kompletnie i cudem doczłapała się do miejsca, w którym miała spać. Pożegnała przyjaciółkę krótkim buziakiem na dobranoc i padła.
Na szczęście tym razem nie przyśniło się jej nic złego. Przez to zmęczenie kompletnie zapomniała jaki jutro jest dzień i kogo spotka. Pewnie gdyby o tym pamiętała, nie zasnęła by tak spokojnie.
****
Ze swojego pokoju mogła usłyszeć krzątającą się Effy, ale po dość krótkim czasie dźwięki ucichły, a ich miejsce zajęła narastająca z każdą minutą cisza. Uśmiechnęła się sama do siebie ma myśl o jutrzejszym spełnieniu marzeń, o tym kogo spotka. Najbardziej cieszyła ją myśl o tym, że to wszystko stanie się w obecności jej przyjaciółki, która wprowadziła ją w tą muzykę.
Przez długi czas leżała w łóżku przewracając się z boku na bok i jedynym czego pragnęła w tamtym momencie był cichy, spokojny sen. Niestety, nadmiar emocji nie pozwalał zamknąć jej oczu na czas dłuższy niż ten, który był potrzebny na trzy płytkie oddechy.
Liczyła owce, konie, wszystko co przychodziło jej do głowy. Niestety nic jej to nie dawało. Usiadła po turecku na łóżku i wyjrzała przez okno. Delikatne światło księżyca padało na jej zmęczoną, lecz szczęśliwą twarz. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się, że wreszcie robi to co powinna. Wcześniej błądziła, szukała szczęścia na każdym możliwym kroku, próbowała zapomnieć to co zdarzyło się stosunkowo niedawno; tylko rok temu. Nie udawało jej się i z dnia na dzień pogrążała się w coraz to większej monotonii, była cieniem kobiety.
Teraz miało się to zmienić. Niby zwykłe wydarzenie; spotkanie z zespołem. Ale to właśnie dzięki nim siedzi tutaj i co najważniejsze oddycha. Gdyby miała powiedzieć ile im zawdzięcza nie skończyłaby monologu aż do swojej niewczesnej śmierci. Stresowała się jutrzejszym dniem jak nigdy wcześniej. Nawet przed pierwszym dniem w pracy nie trzęsły się jej ręce tak jak teraz. Spojrzała na nie; drobne, długie palce podskakiwały jakby grała na jakimś dziwnym instrumencie. Wtedy pierwsza łza szczęścia popłynęła po jej bladym policzku.
Tuż obok spała najważniejsza osoba w jej życiu, dzięki niej i zespołowi jakoś się trzyma. Nie załamała się kompletnie, chociaż była tego bardzo blisko. Mogłaby płakać i płakać, ale na ratunek jej oczom przyszedł sen. Krótki i niespokojny, ale zawsze.
****
-Leah? Wiesz gdzie moja bandana? Bez niej nie wyjdę!- wrzask Effy rozlegał się po całym domu, a przyjaciółka nie dawała rady w uspakajaniu jej. Z początku wyśmiewała się z problemów dziewczyny, lecz kiedy wizja spóźnienia zawitała jej do głowy, opanowała się i pomogła w poszukiwaniach zaginionej, szczęśliwej bandanki.
-Przyjechałaś wczoraj i już rozwaliłaś swoje rzeczy po całym domu... Skąd ja wiedziałam, że tak będzie?- mruknęła Leah bardziej do siebie niż do Effy.
-Bo mnie kochasz i bardzo dobrze znasz. A teraz pomożesz mi wybrać bluzkę.- jej twarz rozpromieniła się tym jej typowym uśmiechem.
Oczywiście, tak jak myślała Leah. Wybór koszulki dla jej przyjaciółki był prostym zadaniem. Otóż przygotowała sobie ona taką z napisem „I punish you with pleasure, and pleasure you with pain”. Próbowała powstrzymać śmiech, bo wiedziała, że dziewczyna poczuje się urażona. Z uśmiechem wskazała tą z sugestywnym przesłaniem i sama wróciła do pokoju, aby wybrać coś dla siebie.
Jakiś miesiąc przed zamówiła koszulkę ozdobioną napisem „I prefer the drummer”, ale jeśli w grę wchodziło spotkanie z głównym zainteresowanym nie mogła wyjść na jakąś pierwszą lepszą faneczkę. Co to to nie. Ze zrezygnowaniem odłożyła ją do szafy i szybko wyszukała wygodną, czarną bluzkę z triadą i nazwą zespołu. Szybko dobrała pasujące spodnie i była gotowa. Zdecydowała się na zupełny brak makijażu, bo wiedziała, że podczas samego koncertu wszystko spłynie z jej twarzy szybciej niż człowiek na spływie kajakowym. Wzięła plecak z okładką ich najnowszej płyty i poszła do salonu, w którym czekała na nią zwarta i gotowa Effy, odziana bardzo podobnie do niej.
Miały jeszcze ponad dwie godziny do spotkania, ale wolały być tam wcześniej, zobaczyć jak wygląda arena, oraz sprawdzić gdzie są toalety w razie co. Zamówiły taksówkę i po chwili jechały w stronę miejsca, w którym wszystko się odmieni. Tylko jeszcze o tym nie wiedziały.
****
-Proszę!- krzyknął Jared i momentalnie w jego pokoju pojawił się Shannon z Tomo. Ten pierwszy był bardziej podekscytowany niżby mu wypadało, a drugi starał się to ukryć. Tylko wokalista pozostawał spokojny jak tafla wody, przynajmniej na zewnątrz.
-Jak myślisz, jak wyglądają?- ucieszony perkusista zasiadł naprzeciwko brata i wpatrywał się w jego niebieskie tęczówki.
-Widziałeś ich zdjęcia Shann...- odpowiedział młodszy z nich znudzonym tonem.
-Jezu... Z tobą się nie da o niczym rozmawiać. Chociło mi, że na żywo.
-Coś za bardzo się nimi interesujesz bracie, pamiętasz chyba zasadę? Zero zwią...
-Zero związków z fankami. Tak, pamiętam. Po prostu wolałbym spędzić te godziny w towarzystwie kogoś przyjemnego z wyglądu niż smutnej brzyduli.
-Jesteś strasznie płytki.- prychnął Jay i wstał, aby rozprostować nogi.
-Nie bardziej niż ty, panie idealny.- zdenerwowany perkusista podążył śladami brata i po chwili stali naprzeciwko siebie gotowi skoczyć sobie do gardła.
-Panowie, serio? Spokój mi tam bo zadzwonię po Vicky i ona zrobi porządek.- Chorwat wtrącił się, bo wiedział, że bracia są w stanie zrobić wiele pod wpływem emocji.
Obydwoje momentalnie odskoczyli od siebie i zajęli poprzednie miejsca. Wizja wrzeszczącej na nich żony Tomo nie należała do najprzyjemniejszych, więc woleli się uciszyć na tą chwilę przynajmniej.
-Setlistę mamy ustaloną?- zapytał gitarzysta i w odpowiedzi dostał niemrawe kiwnięcia głowami pozostałych przyjaciół.- No to każdy do swojej garderoby, za chwilę przyjadą. Od kogo zaczynamy?
-Shannon pewnie...- chciał wtrącić Jared, ale został skutecznie uciszony spojrzeniem Tomo.
-No to Shann, twoja garderoba będzie pierwszym przystankiem. Ogarnij tam trochę, nie chcemy, aby się dziewczyny przestraszyły.- zaśmiał się i wyszedł z ostoi spokoju młodszego Leto.
-Jak wspomnisz coś przy nich o tym co mówiłem to...- zaczął Shannon, ale w odpowiedzi dostał tylko wredny, chytry uśmieszek młodszego brata. Aby sprawiedliwości stało się zadość rzucił w niego leżącą obok poduszką i opuścił pomieszczenie trzaskając drzwiami.
Wiedział, że jest przewrażliwiony, ale Jared uderzył w jego słaby punkt. Jeśli chodziło o dziewczyny, z którymi miał spędzić jedną noc był straszliwie płytki. Mógłby się zastanawiać, użalać nad sobą całymi dniami, co czasami nawet robił... Kolejna wada do kolekcji. Wszedł do garderoby i wzrokiem ogarnął panujący dookoła bałagan.
Po chwili siedział rozłożony na fotelu, a drzwi jednej z szaf niebezpiecznie chyliły się ku otworzeniu i wyrzuceniu z siebie tego co jeszcze niedawno leżało na podłodze w „artystycznym nieładzie”, który w jego przypadku był zwyczajnym syfem.
Usłyszał pukanie do drzwi, wstał i do nich podszedł. Już miał otwierać, kiedy do jego uszu dobiegły ciche i podekscytowane szepty. Wbrew swojej naturze przystanął i zaczął podsłuchiwać.
-Wyglądam dobrze? Czy ja wyglądam dobrze? Effy no mów!- ładny, kobiecy głos histeryzował tuż pod jego drzwiami.
-Przymknij się, jest okej. Ja wiem, że śnisz o nim prawie codziennie ale nie powinien cię wziąć przy pierwszym prawdziwym spotkaniu. - w tym momencie starał się opanować chichot oraz ego, które wzrosło niesłychanie na wiadomość, że tamta kobieta go uwielbia.
-Cicho bądź! A co jak usłyszy? Wyjdę na jakąś napaloną idiotkę.
-Jakbyś nią nie była.- zapukały po raz kolejny i teraz otworzył drzwi.

Uśmiechnął się nieśmiało. Było lepiej niż się spodziewał.