piątek, 6 czerwca 2014
Prolog- Bought my faith straight from hell.
W tej oto chwili wydawało jej się, że cały świat dookoła niej popadł w głęboką depresję. Mimo, że deszcz przestał padać jakąś godzinę temu, drzewa wciąż cicho popłakiwały. Z dachów kapały resztki wody, a kałuże zdawały się nie mieć dna. Siedziała samotnie na ławce w jakimś obskurnym parku. Nie miała już sił, aby uronić chociaż jedną łzę. Najwięcej poleciało w szpitalu, potem nastąpiła dobrze znana jej pustka. Wypełniła ją całą od środka i nie zamierzała opuścić pod żadnym pozorem. Nie pomogły liczne słowa pocieszania, które mogła usłyszeć od Elisabeth. W głowie kołatały jej słowa wypowiedziane przez lekarza jeszcze parę godzin temu…
-Przykro mi, ale straciła Pani dziecko. W czymś jeszcze mogę pomóc?- zabolało ją to bardziej niż nóż wbity prosto w jej względnie młode serce. Sam fakt dobił ją niemiłosiernie, lecz ta bezuczuciowość, wręcz nieludzkość w głosie lekarza zadały jej kolejny cios. Nie dość, że chłopak zostawił ją tuż po tym jak zaszła w ciąże, to teraz owo dziecko straciła. Był to siódmy miesiąc. Obudziła się z ogromnym bólem brzucha i szybko skierowała swoje kroki do toalety. Zdążyła tylko spojrzeć w dół na swój brzuch i ujrzała czerwoną plamę rosnącą z każdą sekundą. Krzyknęła cicho i opadła na podłogę. Jak przez mgłę pamięta szloch Elisabeth, potem ratowników wynoszących ją z domu na noszach i to rześkie, nocne powietrze, którego celem było przebudzenie jej z otępienia. Potem chyba jechała karetką, tak to była karetka. Miliony czerwonych światełek, różnych pikających odgłosów. Rozpraszałoby ją to na co dzień, ale wtedy była w zbyt wielkim szoku, żeby przeszkadzało jej cokolwiek oprócz tej straszliwej świadomości, że coś jest nie tak z małą. Miała już dla niej imię; Amelia. Jej śliczna, mała księżniczka nie czuła się dobrze i to zaprzątało jej wszystkie myśli. Nawet nie pamiętała czy minęła godzina, czy też minuta jak wyjechali z domu. Wiedziała, że jest już w szpitalu. Ludzie krzyczeli, a ona nie potrafiła im nawet odpowiedzieć. Nie mogła wykrztusić z siebie nawet krótkiego szlochu, co dopiero zdania. Następne chwile, godziny pamięta jak przez mgłę. Poczuła straszliwy ból i po raz kolejny ogarnęła ją ta znajoma pustka. Lekarze zapewniali ją, że nic nie mogli zrobić, że to było konieczne dla jej zdrowia. Nie obchodziły jej żadne usprawiedliwienia. Zjechała ręką na swój brzuch i po raz pierwszy poczuła, że przestrzeń wcześniej zapełniona przez jej Amelkę jest dziwnie płaska. Już nie wystaje przyjaźnie w kształcie pokaźnej poduszki. Odpadła smutnie i znów miała prawie idealny płaski brzuch. Była pusta w środku. Dosłownie i w przenośni.
****
Rok później Elisabeth pakowała w pośpiechu swoje walizki. Za parę godzin miała odlatywać z ojczystej Polski do swojej przyjaciółki, która aktualnie mieszka w Los Angeles. Niedługo po tym pamiętnym i dość traumatycznym wydarzeniu Leah przeniosła się do stanów i słuch o niej zaginął. Raz na miesiąc przysyłała e-mail informujący Effy o tym, że wszystko jest ok i, że nie musi się martwić. W poprzedniej wiadomości dziewczyna dostała zaproszenie do dawnej przyjaciółki. Zaskoczyło ją to. Dość poważnie, jeśli miałaby być szczera. Przed wyjściem z domu spojrzała jeszcze szybko w lustro i poprawiła ostatecznie swój wygląd. Nie miała zbyt wiele do poprawek; była długonogą blondynką o bardzo delikatnej urodzie. Prawdziwy ideał można by rzec. Wielu mężczyzn upewniało ją w jej pięknu. Nie mogła narzekać na bark adoratorów. W szkole średniej na każde walentynki była zaprasza na wiele randek oraz obsypywana milionem kartek. Nie tylko uroda była jej atutem. Oprócz tego była bardzo inteligentna i wygadana, co można było dostrzec po paru minutach rozmowy. Przeczesała włosy i udała się do wyjścia. Jeśli miała zdążyć na odprawę powinna była już wyjść. Sprawdziła czy ma w kieszeni telefon oraz słuchawki, rzeczy, bez których nie mogła ruszyć się z domu nawet do sklepu. Ot, takie małe uzależnienie od muzyki. Podśpiewując piosenkę ulubionego zespołu zeszła do taksówki i podała dokładny adres lotniska. Jej podróż zaczynała się właśnie w tym momencie, a w głowie leciały jej słowa:
Lost on the City Of Angels,
Down in the comfort of strangers, I
Found myself in the fire burned hills
In the land of a bilion lights…
****
Otworzyła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Szósta rano, a ona nie potrafiła dłużej spać. Od roku budziła się o tej godzinie codziennie, chyba, że była skacowana, a to nie zdarzało się często. Ja jakieś dziesięć godzin miała przylecieć do niej Effy. Była tym strasznie podekscytowana, ale z drugiej strony przerażona, że wszystkie te bolesne wspomnienia wrócą. Nie chciała nic pamiętać z tego okresu czasu, to było dla niej tak traumatyczne, że nie potrafiła nawet o tym myśleć. Jak tylko wszystkie operacje się skończyły urwała wszelki kontakt z rodziną, która nie wspierała jej w tych trudnych chwilach. Matka zostawiła ją na lodzie jak się dowiedziała, że jej córka zaszła w ciąże z facetem starszym o pięć lat. Niestety, według niej związek dwudziestolatki z mężczyzną pod trzydziestkę nie miał racji bytu. Niestety w tej sprawie się nie myliła; zostawił ją jak tylko dowiedział się, że będą mieli dziecko. Zachował się jak smarkaty piętnastolatek, a nie człowiek zarządzający wpływową wytwórnią muzyczną. Wyjechał i tyle go widziała.
- Na dziecko mnie nie zatrzymasz suko.- pamiętała jego słowa, które wypowiadał ze znaną tylko sobie nienawiścią.
Płakała wtedy całą noc i taką znalazła ją matka z samego rana. Jak dowiedziała się jaki jest powód rozpaczy jej córki, to wywaliła ją na zbity pysk z domu. Nie miała żadnej litości. Przygarnęła ją wtedy jej „siostra”.
Poznana przypadkowa na jakimś forum o ich ukochanym zespole, dziewczyna. Rok starsza od niej, zawsze wspierała ją w trudnych momentach. Spotkała ją „ na żywo”, podczas jej pierwszego koncertu Thirty Seconds to Mars. Czuła się wtedy taka szczęśliwa i wolna. Ich rozmowy wtedy polegały na wspólnym zachwycaniu się jak to wspaniale nie wyglądają członkowie owego zespołu. Effy od zawsze była platonicznie zakochana w głównym wokaliście, który każdym swoim ruchem demonstrował swoją perfekcyjność. Te oczy, włosy i sposób mówienie przyprawiały jej przyjaciółkę o dreszcze, co zwykła jej wypominać ze śmiechem. Niestety, albo i nawet stety Effy nie pozostawała jej dłużna. Od zawsze wiadomo było, że Leah uwielbia perkusistę; silnego i może nie aż tak perfekcyjnego mężczyznę. Wydawał się jej bardziej ludzki, stąpający twardo po ziemi, podczas gdy jego brat dryfował w morzu marzeń i zachwycał się nad swoją osobą. Pozostawał jeszcze gitarzysta, Tomo. Kiedy tylko miała zły humor wchodziła na jego profil na portalu społecznościowym i czytała jego zabawne, pełne otuchy wpisy. On dawał jej nadzieję, że marzenia się spełniają. Miał wspaniałą żonę, którą również uwielbiała. Postanowiła, że musi się jakoś przyszykować na przyjazd przyjaciółki i zaczęła wielkie porządki w domu. Nie zajęło jej to długo, bo ze względu na dość mało płatną pracę miała malutkie mieszkanie. Kończyła już ogarnianie największego bałaganu kiedy odezwał się jej telefon. Zaskoczona spojrzała na wyświetlacz i ujrzała, że dzwoni do niej numer prywatny. Odebrała myśląc, że to jakaś firma call center i za chwilę ich spławi. - Halo?- powiedziała znudzona.
- Czy to Leah Earl?- usłyszała dziwnie znajomy głos. Nie miała pojęcia do kogo on należy, ale wydawało jej się, że był to ktoś jej bardzo blisko, skoro znała ten głos tak dobrze. Przypominał jej kogoś, ale wiedziała, że to nie możliwe, że on dzwoni akurat do niej.
- Tak, to ja. O co chodzi?- zapytała coraz bardziej pewna, że to może być prawda.
- Brałaś udział w konkursie, w którym można było wygrać bilety na najbliższy koncert Thirty Seconds to Mars? Łącznie z wejściówką do garderoby i tour busu?
- Tak…- odpowiedziała ledwo co łapiąc powietrze. Czy jakiś idiota stroi sobie z niej żarty, czy jej największe marzenie właśnie się spełnia? Starała się zachować resztki spokoju, aby nie wyjść na napaloną nastolatkę. Z trudem, ale udawało jej się to.
- No to właśnie dzwonię, aby ci oświadczyć, że wygrałaś. Możesz krzyczeć, piszczeć czy co tam sobie chcesz, jestem już przyzwyczajony.
Jej marzenie się spełniło. Po raz kolejny mogła poczuć te wspaniałe emocje bez wydawania kupy pieniędzy na bilety. Niestety, koncerty były drogie, a takie z dodatkowymi atrakcjami przekraczały jej skromny budżet wielokrotnie. Pierwszy raz w życiu mogła zobaczyć ich z odległości bliższej niż to dwadzieścia metrów od barierek do głównych zainteresowanych. Teraz czuła, że mimo wszystko opłacało się tak cierpieć w życiu, bo jej marzenia spełnią się i to w towarzystwie jej najlepszej przyjaciółki. Mimo wielkich emocji, które nią targały nie potrafiła wykrztusić z siebie żadnego słowa. Nie mogła po prostu otworzyć tych ust i powiedzieć jak bardzo jest szczęśliwa. Jej rozmówca chyba nie domyślił się, że to ze szczęścia i źle to odebrał…
-Jareeeeeeeeed? Ja chyba ją zabiłem, mówiłem, że się do takich rozmów nie nadaję, brat zrób coś, siedzieć pójdę…- krzyczał sam Shannon Leto. Teraz wiedziała już do kogo należy ten głos. Niski, inteligentny i jakiś taki ciepły. Od razu się uśmiechnęła i postanowiła wyprowadzić go z błędu.
- Żyję, tylko jestem taka szczęśliwa, że nie umiem sklecić żadnego logicznie brzmiącego zdania…- odpowiedziała mu i usłyszała ciche westchnienie i śmiech w tle. Pewnie rozmawiał z nią na głośno mówiącym, bo owy śmiech należał do Jareda. Ten głos wszędzie pozna o każdej porze dnia i nocy. Effy tak ją w tym wyszkoliła, że doszukiwała się go w każdym przechodniu, ot, takie małe zboczenie.
-Dobra..- tu zawahał się przez chwilę, pewnie szukał jej imienia w komputerze. Typowy gwiazdor, pomyślała z przekąsem.- Leah… Ładne imię swoją drogą, do zobaczenia jutro o godzinie trzynastej… Weź kogoś ze sobą, będę czekał niedaleko hali. Pa.
Rozłączył się szybko i dziewczyna mogła odetchnąć z wrażenia. Niestety, przypomnienie w telefonie brutalnie wyrwało ją z transu i oznajmiło, że musi wyjeżdżać z domu. Już za chwilę zobaczy swoją kochaną siostrę…
******
I jak Wam się podobało? Zapraszam do opinii i komentarzy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Jezusie Nazareński, takie powinny być opowiadania fanfiction!
OdpowiedzUsuńJuż wiem, tuż po skończeniu czytania prologu (jak bardzo nielogicznie to brzmi, kij z tym), kocham to opowiadanie i uwaga, BĘDĘ CIĘ NĘKAĆ, jeśli nie będziesz często dodawać rozdziałów! Kurcze, normalnie wciągnęłam się bardziej niż bardzo!
No ciekawa jestem... mam nadzieję, że będzie dużo humoru i żartów i że akcja nie rozwinie się zbyt szybko by nas pochopnie nasycić ;)
OdpowiedzUsuńhehe, nie będzie widać mojego komentarza, gdyż nie widzę reszty xD zapowiada się interesująco, fajnie napisałaś ten prolog, dzięki niemu wiem już o głównych bohaterkach i to, co się będzie rozgrywało w najbliższym czasie.
OdpowiedzUsuńmomentami zabrakło przecinków, raz się powtórzyłaś dość drastycznie xD nie no, nie przejmuj się tym, lubię pierdzielić głupoty :v
jestem bardzo ciekawa, który facio tak zostawił Leah.... początkowo byłam pewna, że Jaredo, ale potem przestały mi współgrać ze sobą podane informacje xD
ZAJEBISTE :3
OdpowiedzUsuń