czwartek, 24 lipca 2014

Rozdział 4- „So you can keep me inside the pocket of your ripped jeans”*

*Ed Sheeran- Photograph

Trochę zmieniłam styl pisania rozdziału, jak Wam się podoba? Piszcie, zapraszam do komentowania. 
****
Miłość czasami boli bardziej niż największy, najmocniejszy cios w twarz. To nie jest tak, że od razu to poczujesz. Wszystko przyjdzie z czasem, serce, które będzie rozrywane na najdrobniejsze kawałki w pewnym momencie kompletnie się rozpadnie i pozostanie po nim tylko czarna, ziejąca dziura. Zabawne jak wiele osób myśli, że to właśnie oni cierpieli najbardziej, że to im się oberwało najmocniej. Nie. Nikt nie czuje tego samego co matka tracąca dziecko, kobieta uprawiająca miłość, aby utrzymać się i swoją rodzinę. Nikt nie potrafi zrozumieć bólu drugiej osoby dopóki sam go nie poczuje na własnym ciele. Dopóki sam nie złamie się tak bardzo, że nie będzie czego zbierać. Wtedy osiągamy dno.
Brak nadziei, zaufania do kogokolwiek oraz miłości. Mimo, że boli, że trzeba się po niej dłużej zbierać niż po chorobie. Ona jest najważniejsza, to ona dyktuje naszym życiem. Najgorsze jest to, że trudno zaprzeczyć temu dość prostemu stwierdzeniu. Przecież to pod jej wpływem robimy rzeczy, o których nie chcemy pamiętać, których się wstydzimy. To nie alkohol zmusza nas do tego tylko ta zaślepiająca siła kryjąca się w każdym z nas, czekająca aż pojawi się „ta” osoba i ją uwolni.
Co się dzieje z człowiekiem, który zostaje pozbawiony możliwości kochania? Wielu by powiedziało, że umiera, bo czym jest życie bez miłości. Niestety, pozostaje przy życiu. Cień człowieka. Słyszeliście kiedyś to określenie? Nazywam tak ludzi, którzy z braku najważniejszego czynnika życiowego przestają istnieć. Dryfują w czasoprzestrzeni nazywanej życiem. Nic ich nie rusza, nie podnieca ani nie obchodzi.
Myślę, że przychodzi taki moment kiedy nie widzisz sensu w dalszej wędrówce. Stajesz się zwyczajnym przeżuwaczem i zaczynasz mieć w nosie to co dzieje się dookoła. Skupiasz swoje myśli na tej jednej porażce, która zazwyczaj nawet nią nie jest. Doskwiera ci samotność, cholernie dotkliwa i nie potrafisz sobie z nią poradzić. Wtedy też osiągasz dno. Z własnej winy.
Czy ona straciła nadzieję? Zapewne tak. Nie można się dziwić. Czy z nim stało się to samo? Nigdy.
****
-Tu jest niebezpiecznie, wiesz o tym?- wydukała z siebie z dość dużym trudem. Cholernie bała się wysokości, a oto siedziała z samym Shannonem Leto na dachu sali koncertowej.
-Powinienem ci pokazać jakieś bębny, cokolwiek związanego z muzyką.- zignorował jej cichą uwagę, albo po prostu jej nie dosłyszał.- Jestem strasznym przewodnikiem, wiem.- zaśmiał się z samego siebie.- Zawsze przychodzę w takie miejsca przed koncertem, aby odreagować i te sprawy.
-To ja się wcinam w twój plan, więc rób to co masz w zwyczaju.- odrobinę się rozluźniła. Pewnie to przez samą świadomość, że siedzi obok mężczyzny, do którego wzdycha co noc. W takiej sytuacji nie powinna się rozluźniać, być spokojna. O dziwo, pomogło to jej się oswoić.- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to wszystko nie dzieje się w mojej głowie. Może brzmi to jak wyznania jakiejś psychopatki ale tak jest. Mimo, że nie wyglądam i nie daję tego po sobie poznać to w środku trzęsę się jak osika. A... I jeszcze nie wierzę, że ci to mówię.
-Wiesz co? Sam stresowałem się tak, może nawet bardziej niż ty.- uśmiechnął się pokrzepiająco.- Wbrew tego co mówią to wciąż jesteśmy ludźmi.
-Naprawdę? Myślałam, że nie jecie, nie sypiacie tylko co noc podłączacie się do kontaktu, aby naładować baterie.
-Jezu, co się dzieje w twojej głowie.- zaśmiał się na cały głos. Coraz bardziej zaczynał ją lubić. Najpierw udawał. Musiał to przyznać. Chciał być miły, bo to było spełnienie marzeń tych dziewczyn, ale coraz bardziej podobał mu się kontakt z osobą, która wie o nim więcej niż on sam, co zazwyczaj go odrzucało. Nie podniecały go fanki, członkowie Echelonu. Miał swoje zasady, każdy z nich je miał. Obiecali sobie, że bez względu na wszystko nie umówią się, ani się nie zakochają w osobie takiej jak ona.- I będziesz się tego trzymał Leto.- dodał w myślach i uśmiechnął się do niej siląc się na spokój.
-To żeby nie było, że ten dzień spędzę na obgadywaniu z tobą reszty zespołu możesz mnie oprowadzić po backstage'u?- zapytała nieśmiało.
-Pewnie, widzę jak trzęsiesz się ze strachu na tym dachu.- rzucił krótko i po chwili stał obok zejścia do budynku.- Panie przodem.
****
Pytałeś kiedyś siebie jak to jest skonstruowane, że w jednej chwili cały Twój świat potrafi stanąć na głowie, a co gorsza złamać się i rozbić na malutkie kawałeczki? Nie? To opowiem Ci jak to jest.
Wyobraź sobie szklaną kulę, taką jak te, które Twoja mama stawiała na kominku jak byłeś mały. Tyle, że w środku nie ma uśmiechniętego mikołaja ze stadkiem reniferów, jesteś tam Ty. Najpierw szczęśliwy, zadowolony. Powoli układasz sobie życie, w maleńkiej kuli pojawiają się coraz to nowe osoby, śmiejecie się wspólnie przy kolejnej butelce wina. Wtedy przychodzi upadek. Ktoś zabiera wszystkich od Ciebie, zostajesz całkowicie sam i ten sam „ktoś” bierze w swoje ręce kulę wraz z Tobą i upuszcza na zimną posadzkę. Bez ostrzeżenia, bez przeprosin. Upadasz i nie masz nawet jak się podnieść, bo wszyscy, którym ufałeś uciekli. Zniknęli i zostawili Cię samego, porzuconego.
Może przesadzam, koloryzuję ze względu na potrzeby tego opowiadania. Chcę tylko uzmysłowić jak ciężko ma osoba, która w jednym życiu została pozbawiona swojej kuli tyle razy, że nie było co zbierać. Właśnie ona stała przed marzeniem, przed kimś/czymś co mogłoby ją uratować od ciągłego spadania w dół otchłani zwanej depresją.
Obiecała sobie, że nie będzie płakać już nigdy. Przynajmniej nie ze smutku. To samo powiedziała sobie w sprawie żyletek. Nigdy, przenigdy więcej nie spędzi nocy siedząc w łóżku z jedną z nich w ręku i milionem łez na policzku. Tak bardzo starała się dotrzymać słowa danego sobie na jednym z koncertów. Brzmi to komicznie, wiem, ale właśnie podczas trwania najlepszej nocy jej życia przysięgła, że nigdy więcej nie skrzywdzi siebie bez względu na sytuację. Że już nie zapłacze z bezsilności jak to miała w zwyczaju. Na razie się jej udawało...
****
Czas leciał szybciej niż zazwyczaj. Cisza nie była taka dołująca jak ta w jej pokoju. Ta była... Spokojniejsza? Oznaczała szczęście, radość i podekscytowanie. Wszystko naraz, a zarazem tak niewiele. Była zwyczajnie inna, piękniejsza.
-...No to chyba tyle o najbliższych planach. Masz jakieś pytania?- skończył mówić i mógł przysiąść, że szło mu to o wiele lepiej niż się spodziewał. Dziewczyna nie była wścibska, szanowała jego zdanie i prywatność członków zespołu. Idealny Echelon. Gdyby tylko wiedział co działo się w jej głowie, to diametralnie zmieniłby zdanie.
-Tak, jest ich tyle, że sama nie wiem od czego zacząć.- zaśmiała się cicho.- Wiem, że nie masz dla mnie dużo czasu i tak czuję się ogromnie wyróżniona tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało.- taa... Tak jej wypowiedź brzmiała w jej głowie. Niestety, nie wszystko jest takie jak nam się wydaję i Jared nie usłyszał tego wywodu w takiej formie, jaka być powinna. Brzmiało to jakoś tak.- Ja.... Może... Nie wiem... Jezu.
-Spokojnie, nie gryzę, tylko tak wyglądam.- uśmiechnął się pokrzepiająco. Dobrze wiedział jak działa na kobiet i musiał przyznać, że czasami to perfidnie wykorzystywał. Lubił to uczucie, kiedy mógł nad kimś wystarczająco zapanować, aby on mu uległ. Z jednej strony go to przerażało, bał się samego siebie, ale nie chciał tego przed nikim przyznać, a z drugiej był tym faktem bardzo podniecony. Popadał ze skrajności w skrajność. Tak już miał w zwyczaju.- Moja propozycja jest taka, jak oczywiście chcesz zrobimy sobie zdjęcie, a potem pójdziemy na soundcheck i odwiedzimy resztę, co ty na to?
-Bardzo chętnie.- tym razem udało jej się streścić w jednym, krótkim zdaniu. Była z siebie dumna.
****
Sama próba dźwięku była magiczna. Chłopcy dali z siebie wszystko. Kontakt z publicznością mieli tak wspaniały, że dziewczyny, które stały z boku sceny miały wrażenie, że to tylko spotkanie dużej grupy znajomych połączone z muzyką na żywo. Zagrali wiele piosenek z pierwszej jak i drugiej płyty, co było u nich bardzo dużą rzadkością. Ze sceny zeszli uśmiechnięci i spoceni.
Potem przyszła kolej na meet and greet, który szczerze mówiąc należał do tych najdłuższych. Same pytania i odpowiedzi trwały ponad godzinę, albo i dłużej. Dopilnowali, aby każdy miał szansę zadać swoje pytanie. Przy podpisywaniu nawet przymknęli oko, kiedy dziewczyna podeszła z aż trzema rzeczami i z uśmiechem złożyli autograf na każdej z nich. Nie czuło się pośpiechu, presji czasu oraz niechęci ze strony artystów. Było tak, jak być powinno zawsze.
Jednak największe zaskoczenie spotkało ludzi podczas robienia wspólnych zdjęć. Zazwyczaj wszystko szło jak na taśmociągu w fabryce gumy do żucia. Tym razem mężczyźni przytulili każdą osobę po informacji od fotografa, że już po wszystkim.
Było po nich widać, że promienieją szczęściem. Szczególnie bracia Leto, co Tomo od razu zauważył. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby ich o to wypytać. Tak, to był świetny pomysł.
****
-Mam nadzieję, że zobaczymy się na następnym koncercie. Macie numer do Reni jakbyście miały problem z wejściem na backstage. Świetnie spędziliśmy z wami czas.- powiedział Jared i po zrobieniu kolejnego, tym razem grupowego zdjęcia każdy z nich rozszedł się w swoją stronę.
-Idziemy?- zagaiła Effy.
-A musimy? Patrz jak tu jest wspaniale...-rozmarzyła się przyjaciółka.- Uwierzysz, że właśnie przed chwilą dotykałam samego Shannona Leto?
--Jak przypuszczam fangril mode został włączony?- zaśmiała się poczciwie z podekscytowanej Lei. W głębi duszy sama była tak szczęśliwa z tego samego faktu, ale chciała zachować wszelkie histerie na wieczór jak już wrócą do domu.
-Phi... Kochana, ja go nigdy nie wyłączam.- odpowiedziała z takim samym uśmiechem na twarzy jak u Effy.- Czekaj...- obróciła się wokół własnej osi szukając torebki z kluczami do domu oraz telefonem.- Musiałam to zostawić w garderobie Shanna, zanim poszliśmy na soundcheck.- wolała przemilczeć epizod na dachu, może kiedyś zdradzi go przyjaciółce.- Idź do auta, ja się wrócę do Reni i wezmę rzeczy, okej?
-Tylko mi go tam nie rozbierz. Podobno po koncertach są bardzo... Pobudzeni.- Effy dusiła się ze śmiechu.
-Zamknij się gnomie, bo to się dobrze nie skończy.
-Odezwał się gówniarz, dobra, leć podziwiać spoconego Leto.- rzuciła i już kierowała się w stronę wyjścia dla personelu.
Za to podenerwowana Leah ruszyła w zupełnie inną stronę. Wiedziała, że najpierw powinna zapytać menadżerki, albo chociaż kogoś z Mars Crew o zgodę ale jej intuicja podpowiadała, że to nie będzie potrzebne.
Po chwilowym zgubieniu się w odmętach licznych korytarzy, stała pod drzwiami do tej, a nie innej garderoby, w której spełniła swoje największe marzenie. Zapukała cicho, ale nikt nie odpowiedział. Ponowiła czynność i zza kawałka drewna usłyszała lekko zachrypnięty głos perkusisty.
-Jezu Jared już idę! Myłem się w przeciwieństwie do ciebie.- krzyczał kierując się w stronę chwilowego obiektu jego złości. Otworzył je i nie mógł uwierzyć temu co widzi. Zawstydzony spuścił głowę i czekał na tłumaczenia dziewczyny. Stał przed nią w samym ręczniku, co nie było dla niego komfortową sytuacją.
-Przepraszam, naprawdę nie chciałam przeszkadzać, ale zostawiłam u ciebie torebkę, a mam w niej ważne rzeczy, mogę ją wziąć?- wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
-Pewnie, wejdź.- powiedział szybko i przepuścił ją do środka. Musiał przyznać, że taka zawstydzona i skrępowana wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż zazwyczaj. Ledwo się powstrzymywał, aby nie zrobić tego, co było mu tak bardzo potrzebne w tamtej chwili.
****
Znasz to uczucie, kiedy czas dookoła Ciebie staje w miejscu i liczy się tylko ta jedna, jedyna chwila? Krótki moment, w którym tracisz nad sobą panowanie i robisz wszystko, aby zaspokoić ciekawość, podniecenie? Mam nadzieję, że tak, bo w takim razie o wiele łatwiej będzie Ci zrozumieć następne wydarzenia, które się zdarzyły w tamtej małej garderobie w bocznym skrzydle koncertowej hali. Nie było to normalne, zdecydowanie odbiegało od jakichkolwiek norm, ale to tylko fikcja. Możesz winić autorkę, jej chorą wyobraźnię albo oba. Zależy od Ciebie. A więc zapraszam na początek, tak dobrze przeczytałeś. Początek tego, co będzie rozkwitać z dnia na dzień, z rozdziału na rozdział, aż w końcu osiągnie swój właściwy rozmiar albo pęknie. Jak szklana kula ze śnieżynkami.
****
Wszystko to wydarzyło się w ciągu jednego ułamka sekundy, który pełen był wyczekiwania, niepokoju oraz tej cholernej niepewności.
Ona pochyliła się nad kanapą, aby wziąć leżącą tam małą, czarną torebkę tak bardzo uwielbianą przez nią i znoszoną przez te wszystkie lata z niej korzystania. Odwróciła się w stronę drzwi i już miała wychodzić kiedy na drodze stanął mężczyzna jej marzeń. Wiedziała, że tam jest, przecież sam ją wpuścił ale teraz znajdowała się tuż przed nim, a odległość, która ich oddzielała nie przekraczała wielkości paru centymetrów. Spojrzała w te ciemne, głębokie oczy i wiedziała co się kroi. Z jednej strony umarłaby, aby tylko przeżyć to co teraz ale z drugiej cholernie bała się zaangażować, bo wiedziała, że dla niego to nic nie znaczy.
-Ja... Chyba już pój..- nie dokończyła. Zwyczajnie nie miała jak, bo Shannon zamknął jej usta ciepłym, delikatnym w swojej istocie pocałunkiem.

Poległa, wiedziała, że przy tym mężczyźnie długo nie wytrzyma.

4 komentarze:

  1. UMARŁAM.
    Serio, mega rozdział, no płaczę prawie! KOCHAM MOCNO.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa, wiele to dla mnie znaczy kochanie :)

      Usuń
  2. Cudowne opowiadanie! Pisz dalej kochana :3
    *marshug*

    OdpowiedzUsuń
  3. uuuuuuuuuuuuu, seksy ostre są, ehehehe (jednak)

    co do stylu pisania jest on nietypowy, taki.. inny. nie wiem, co o nim myśleć, bo się jeszcze z czymś takim nie spotkałam xD póki co odbieram pozytywnie tak pisane ff.

    OdpowiedzUsuń