*Ed Sheeran- Photograph
Trochę zmieniłam styl pisania rozdziału, jak Wam się podoba? Piszcie, zapraszam do komentowania.
****
Miłość
czasami boli bardziej niż największy, najmocniejszy cios w twarz.
To nie jest tak, że od razu to poczujesz. Wszystko przyjdzie z
czasem, serce, które będzie rozrywane na najdrobniejsze kawałki w
pewnym momencie kompletnie się rozpadnie i pozostanie po nim tylko
czarna, ziejąca dziura. Zabawne jak wiele osób myśli, że to
właśnie oni cierpieli najbardziej, że to im się oberwało
najmocniej. Nie. Nikt nie czuje tego samego co matka tracąca
dziecko, kobieta uprawiająca miłość, aby utrzymać się i swoją
rodzinę. Nikt nie potrafi zrozumieć bólu drugiej osoby dopóki sam
go nie poczuje na własnym ciele. Dopóki sam nie złamie się tak
bardzo, że nie będzie czego zbierać. Wtedy osiągamy dno.
Brak
nadziei, zaufania do kogokolwiek oraz miłości. Mimo, że boli, że
trzeba się po niej dłużej zbierać niż po chorobie. Ona jest
najważniejsza, to ona dyktuje naszym życiem. Najgorsze jest to, że
trudno zaprzeczyć temu dość prostemu stwierdzeniu. Przecież to
pod jej wpływem robimy rzeczy, o których nie chcemy pamiętać,
których się wstydzimy. To nie alkohol zmusza nas do tego tylko ta
zaślepiająca siła kryjąca się w każdym z nas, czekająca aż
pojawi się „ta” osoba i ją uwolni.
Co
się dzieje z człowiekiem, który zostaje pozbawiony możliwości
kochania? Wielu by powiedziało, że umiera, bo czym jest życie bez
miłości. Niestety, pozostaje przy życiu. Cień człowieka.
Słyszeliście kiedyś to określenie? Nazywam tak ludzi, którzy z
braku najważniejszego czynnika życiowego przestają istnieć.
Dryfują w czasoprzestrzeni nazywanej życiem. Nic ich nie rusza, nie
podnieca ani nie obchodzi.
Myślę,
że przychodzi taki moment kiedy nie widzisz sensu w dalszej
wędrówce. Stajesz się zwyczajnym przeżuwaczem i zaczynasz mieć w
nosie to co dzieje się dookoła. Skupiasz swoje myśli na tej jednej
porażce, która zazwyczaj nawet nią nie jest. Doskwiera ci
samotność, cholernie dotkliwa i nie potrafisz sobie z nią
poradzić. Wtedy też osiągasz dno. Z własnej winy.
Czy
ona straciła nadzieję? Zapewne tak. Nie można się dziwić. Czy z
nim stało się to samo? Nigdy.
****
-Tu
jest niebezpiecznie, wiesz o tym?- wydukała z siebie z dość dużym
trudem. Cholernie bała się wysokości, a oto siedziała z samym
Shannonem Leto na dachu sali koncertowej.
-Powinienem
ci pokazać jakieś bębny, cokolwiek związanego z muzyką.-
zignorował jej cichą uwagę, albo po prostu jej nie dosłyszał.-
Jestem strasznym przewodnikiem, wiem.- zaśmiał się z samego
siebie.- Zawsze przychodzę w takie miejsca przed koncertem, aby
odreagować i te sprawy.
-To
ja się wcinam w twój plan, więc rób to co masz w zwyczaju.-
odrobinę się rozluźniła. Pewnie to przez samą świadomość, że
siedzi obok mężczyzny, do którego wzdycha co noc. W takiej
sytuacji nie powinna się rozluźniać, być spokojna. O dziwo,
pomogło to jej się oswoić.- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to
wszystko nie dzieje się w mojej głowie. Może brzmi to jak
wyznania jakiejś psychopatki ale tak jest. Mimo, że nie wyglądam
i nie daję tego po sobie poznać to w środku trzęsę się jak
osika. A... I jeszcze nie wierzę, że ci to mówię.
-Wiesz
co? Sam stresowałem się tak, może nawet bardziej niż ty.-
uśmiechnął się pokrzepiająco.- Wbrew tego co mówią to wciąż
jesteśmy ludźmi.
-Naprawdę?
Myślałam, że nie jecie, nie sypiacie tylko co noc podłączacie
się do kontaktu, aby naładować baterie.
-Jezu,
co się dzieje w twojej głowie.- zaśmiał się na cały głos.
Coraz bardziej zaczynał ją lubić. Najpierw udawał. Musiał to
przyznać. Chciał być miły, bo to było spełnienie marzeń tych
dziewczyn, ale coraz bardziej podobał mu się kontakt z osobą,
która wie o nim więcej niż on sam, co zazwyczaj go odrzucało.
Nie podniecały go fanki, członkowie Echelonu. Miał swoje zasady,
każdy z nich je miał. Obiecali sobie, że bez względu na wszystko
nie umówią się, ani się nie zakochają w osobie takiej jak ona.-
I będziesz się tego trzymał Leto.- dodał w myślach i uśmiechnął
się do niej siląc się na spokój.
-To
żeby nie było, że ten dzień spędzę na obgadywaniu z tobą
reszty zespołu możesz mnie oprowadzić po backstage'u?- zapytała
nieśmiało.
-Pewnie,
widzę jak trzęsiesz się ze strachu na tym dachu.- rzucił krótko
i po chwili stał obok zejścia do budynku.- Panie przodem.
****
Pytałeś
kiedyś siebie jak to jest skonstruowane, że w jednej chwili cały
Twój świat potrafi stanąć na głowie, a co gorsza złamać się i
rozbić na malutkie kawałeczki? Nie? To opowiem Ci jak to jest.
Wyobraź
sobie szklaną kulę, taką jak te, które Twoja mama stawiała na
kominku jak byłeś mały. Tyle, że w środku nie ma uśmiechniętego
mikołaja ze stadkiem reniferów, jesteś tam Ty. Najpierw
szczęśliwy, zadowolony. Powoli układasz sobie życie, w maleńkiej
kuli pojawiają się coraz to nowe osoby, śmiejecie się wspólnie
przy kolejnej butelce wina. Wtedy przychodzi upadek. Ktoś zabiera
wszystkich od Ciebie, zostajesz całkowicie sam i ten sam „ktoś”
bierze w swoje ręce kulę wraz z Tobą i upuszcza na zimną
posadzkę. Bez ostrzeżenia, bez przeprosin. Upadasz i nie masz nawet
jak się podnieść, bo wszyscy, którym ufałeś uciekli. Zniknęli
i zostawili Cię samego, porzuconego.
Może
przesadzam, koloryzuję ze względu na potrzeby tego opowiadania.
Chcę tylko uzmysłowić jak ciężko ma osoba, która w jednym życiu
została pozbawiona swojej kuli tyle razy, że nie było co zbierać.
Właśnie ona stała przed marzeniem, przed kimś/czymś co mogłoby
ją uratować od ciągłego spadania w dół otchłani zwanej
depresją.
Obiecała
sobie, że nie będzie płakać już nigdy. Przynajmniej nie ze
smutku. To samo powiedziała sobie w sprawie żyletek. Nigdy,
przenigdy więcej nie spędzi nocy siedząc w łóżku z jedną z
nich w ręku i milionem łez na policzku. Tak bardzo starała się
dotrzymać słowa danego sobie na jednym z koncertów. Brzmi to
komicznie, wiem, ale właśnie podczas trwania najlepszej nocy jej
życia przysięgła, że nigdy więcej nie skrzywdzi siebie bez
względu na sytuację. Że już nie zapłacze z bezsilności jak to
miała w zwyczaju. Na razie się jej udawało...
****
Czas
leciał szybciej niż zazwyczaj. Cisza nie była taka dołująca jak
ta w jej pokoju. Ta była... Spokojniejsza? Oznaczała szczęście,
radość i podekscytowanie. Wszystko naraz, a zarazem tak niewiele.
Była zwyczajnie inna, piękniejsza.
-...No
to chyba tyle o najbliższych planach. Masz jakieś pytania?-
skończył mówić i mógł przysiąść, że szło mu to o wiele
lepiej niż się spodziewał. Dziewczyna nie była wścibska,
szanowała jego zdanie i prywatność członków zespołu. Idealny
Echelon. Gdyby tylko wiedział co działo się w jej głowie, to
diametralnie zmieniłby zdanie.
-Tak,
jest ich tyle, że sama nie wiem od czego zacząć.- zaśmiała się
cicho.- Wiem, że nie masz dla mnie dużo czasu i tak czuję się
ogromnie wyróżniona tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało.-
taa... Tak jej wypowiedź brzmiała w jej głowie. Niestety, nie
wszystko jest takie jak nam się wydaję i Jared nie usłyszał tego
wywodu w takiej formie, jaka być powinna. Brzmiało to jakoś tak.-
Ja.... Może... Nie wiem... Jezu.
-Spokojnie,
nie gryzę, tylko tak wyglądam.- uśmiechnął się pokrzepiająco.
Dobrze wiedział jak działa na kobiet i musiał przyznać, że
czasami to perfidnie wykorzystywał. Lubił to uczucie, kiedy mógł
nad kimś wystarczająco zapanować, aby on mu uległ. Z jednej
strony go to przerażało, bał się samego siebie, ale nie chciał
tego przed nikim przyznać, a z drugiej był tym faktem bardzo
podniecony. Popadał ze skrajności w skrajność. Tak już miał w
zwyczaju.- Moja propozycja jest taka, jak oczywiście chcesz zrobimy
sobie zdjęcie, a potem pójdziemy na soundcheck i odwiedzimy
resztę, co ty na to?
-Bardzo
chętnie.- tym razem udało jej się streścić w jednym, krótkim
zdaniu. Była z siebie dumna.
****
Sama
próba dźwięku była magiczna. Chłopcy dali z siebie wszystko.
Kontakt z publicznością mieli tak wspaniały, że dziewczyny, które
stały z boku sceny miały wrażenie, że to tylko spotkanie dużej
grupy znajomych połączone z muzyką na żywo. Zagrali wiele
piosenek z pierwszej jak i drugiej płyty, co było u nich bardzo
dużą rzadkością. Ze sceny zeszli uśmiechnięci i spoceni.
Potem
przyszła kolej na meet and greet, który szczerze mówiąc należał
do tych najdłuższych. Same pytania i odpowiedzi trwały ponad
godzinę, albo i dłużej. Dopilnowali, aby każdy miał szansę
zadać swoje pytanie. Przy podpisywaniu nawet przymknęli oko, kiedy
dziewczyna podeszła z aż trzema rzeczami i z uśmiechem złożyli
autograf na każdej z nich. Nie czuło się pośpiechu, presji czasu
oraz niechęci ze strony artystów. Było tak, jak być powinno
zawsze.
Jednak
największe zaskoczenie spotkało ludzi podczas robienia wspólnych
zdjęć. Zazwyczaj wszystko szło jak na taśmociągu w fabryce gumy
do żucia. Tym razem mężczyźni przytulili każdą osobę po
informacji od fotografa, że już po wszystkim.
Było
po nich widać, że promienieją szczęściem. Szczególnie bracia
Leto, co Tomo od razu zauważył. Czekał tylko na odpowiedni moment,
aby ich o to wypytać. Tak, to był świetny pomysł.
****
-Mam
nadzieję, że zobaczymy się na następnym koncercie. Macie numer
do Reni jakbyście miały problem z wejściem na backstage. Świetnie
spędziliśmy z wami czas.- powiedział Jared i po zrobieniu
kolejnego, tym razem grupowego zdjęcia każdy z nich rozszedł się
w swoją stronę.
-Idziemy?-
zagaiła Effy.
-A
musimy? Patrz jak tu jest wspaniale...-rozmarzyła się
przyjaciółka.- Uwierzysz, że właśnie przed chwilą dotykałam
samego Shannona Leto?
--Jak
przypuszczam fangril mode został włączony?- zaśmiała się
poczciwie z podekscytowanej Lei. W głębi duszy sama była tak
szczęśliwa z tego samego faktu, ale chciała zachować wszelkie
histerie na wieczór jak już wrócą do domu.
-Phi...
Kochana, ja go nigdy nie wyłączam.- odpowiedziała z takim samym
uśmiechem na twarzy jak u Effy.- Czekaj...- obróciła się wokół
własnej osi szukając torebki z kluczami do domu oraz telefonem.-
Musiałam to zostawić w garderobie Shanna, zanim poszliśmy na
soundcheck.- wolała przemilczeć epizod na dachu, może kiedyś
zdradzi go przyjaciółce.- Idź do auta, ja się wrócę do Reni i
wezmę rzeczy, okej?
-Tylko
mi go tam nie rozbierz. Podobno po koncertach są bardzo...
Pobudzeni.- Effy dusiła się ze śmiechu.
-Zamknij
się gnomie, bo to się dobrze nie skończy.
-Odezwał
się gówniarz, dobra, leć podziwiać spoconego Leto.- rzuciła i
już kierowała się w stronę wyjścia dla personelu.
Za
to podenerwowana Leah ruszyła w zupełnie inną stronę. Wiedziała,
że najpierw powinna zapytać menadżerki, albo chociaż kogoś z
Mars Crew o zgodę ale jej intuicja podpowiadała, że to nie będzie
potrzebne.
Po
chwilowym zgubieniu się w odmętach licznych korytarzy, stała pod
drzwiami do tej, a nie innej garderoby, w której spełniła swoje
największe marzenie. Zapukała cicho, ale nikt nie odpowiedział.
Ponowiła czynność i zza kawałka drewna usłyszała lekko
zachrypnięty głos perkusisty.
-Jezu
Jared już idę! Myłem się w przeciwieństwie do ciebie.- krzyczał
kierując się w stronę chwilowego obiektu jego złości. Otworzył
je i nie mógł uwierzyć temu co widzi. Zawstydzony spuścił głowę
i czekał na tłumaczenia dziewczyny. Stał przed nią w samym
ręczniku, co nie było dla niego komfortową sytuacją.
-Przepraszam,
naprawdę nie chciałam przeszkadzać, ale zostawiłam u ciebie
torebkę, a mam w niej ważne rzeczy, mogę ją wziąć?- wyrzuciła
z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
-Pewnie,
wejdź.- powiedział szybko i przepuścił ją do środka. Musiał
przyznać, że taka zawstydzona i skrępowana wyglądała jeszcze
bardziej uroczo niż zazwyczaj. Ledwo się powstrzymywał, aby nie
zrobić tego, co było mu tak bardzo potrzebne w tamtej chwili.
****
Znasz
to uczucie, kiedy czas dookoła Ciebie staje w miejscu i liczy się
tylko ta jedna, jedyna chwila? Krótki moment, w którym tracisz nad
sobą panowanie i robisz wszystko, aby zaspokoić ciekawość,
podniecenie? Mam nadzieję, że tak, bo w takim razie o wiele łatwiej
będzie Ci zrozumieć następne wydarzenia, które się zdarzyły w
tamtej małej garderobie w bocznym skrzydle koncertowej hali. Nie
było to normalne, zdecydowanie odbiegało od jakichkolwiek norm, ale
to tylko fikcja. Możesz winić autorkę, jej chorą wyobraźnię
albo oba. Zależy od Ciebie. A więc zapraszam na początek, tak dobrze przeczytałeś. Początek tego, co będzie rozkwitać z dnia
na dzień, z rozdziału na rozdział, aż w końcu osiągnie swój
właściwy rozmiar albo pęknie. Jak szklana kula ze śnieżynkami.
****
Wszystko
to wydarzyło się w ciągu jednego ułamka sekundy, który pełen
był wyczekiwania, niepokoju oraz tej cholernej niepewności.
Ona
pochyliła się nad kanapą, aby wziąć leżącą tam małą, czarną
torebkę tak bardzo uwielbianą przez nią i znoszoną przez te
wszystkie lata z niej korzystania. Odwróciła się w stronę drzwi i
już miała wychodzić kiedy na drodze stanął mężczyzna jej
marzeń. Wiedziała, że tam jest, przecież sam ją wpuścił ale
teraz znajdowała się tuż przed nim, a odległość, która ich
oddzielała nie przekraczała wielkości paru centymetrów. Spojrzała
w te ciemne, głębokie oczy i wiedziała co się kroi. Z jednej
strony umarłaby, aby tylko przeżyć to co teraz ale z drugiej
cholernie bała się zaangażować, bo wiedziała, że dla niego to
nic nie znaczy.
-Ja...
Chyba już pój..- nie dokończyła. Zwyczajnie nie miała jak, bo
Shannon zamknął jej usta ciepłym, delikatnym w swojej istocie
pocałunkiem.
Poległa,
wiedziała, że przy tym mężczyźnie długo nie wytrzyma.
UMARŁAM.
OdpowiedzUsuńSerio, mega rozdział, no płaczę prawie! KOCHAM MOCNO.
Dziękuję za miłe słowa, wiele to dla mnie znaczy kochanie :)
UsuńCudowne opowiadanie! Pisz dalej kochana :3
OdpowiedzUsuń*marshug*
uuuuuuuuuuuuu, seksy ostre są, ehehehe (jednak)
OdpowiedzUsuńco do stylu pisania jest on nietypowy, taki.. inny. nie wiem, co o nim myśleć, bo się jeszcze z czymś takim nie spotkałam xD póki co odbieram pozytywnie tak pisane ff.